Miasto - Tygodnik Koszaliński

Nie dymi, ale straszy

   Nie dymi, ale straszy  ::  Fot:   Mariusz Czajkowski

Na osiedlu im. Melchiora Wańkowicza, w okolicy ulicy Wańkowicza, stoi pewien obiekt.

To jedna z wielu osiedlowych kotłowni, już od lat nieczynna. W latach świetności budziła zainteresowanie architekturą – charakterystycznym czymś w rodzaju kuli czy gruszki na dachu budynku z przeszklonym frontem. Dziś to wszystko wygląda inaczej.Szklana fasada straszy powybijanymi szybami, obłazi tynk, mur się rozpada. Tylko „gruszka”, czyli bunkier opału nadal ozdabia dach. Kiedy kotłownię w 1997 roku zamknięto, odetchnęli zwłaszcza mieszkańcy bloku przy ul. Wańkowicza 48-56, a szczególnie lokatorzy mieszkań od wschodniej strony.

Oni bowiem mieli pracujące dzień i noc urządzenia za oknami. Nawet żartowali nieraz, że u nich się rodzi więcej dzieci, bo w nocy spać nie można. Istotnie, komin stał tuż za ścieżką biegnącą przed blokiem, a oświetlona, hałasująca transporterami do zasypywania opału ciepłownia, dawała o sobie znać. Przyjeżdżały ciężarówki z opałem, wyjeżdżały z żużlem i popiołem... No, i ten dym snujący się z komina. Mieszkańcy całego osiedla kilka lat walczyli o zamknięcie uciążliwego obiektu. Oczekiwali też, że po wyłączeniu budowla szybko zniknie z pejzażu osiedla. Ale tak się nie stało.

W prywatnych rękach
– Obiekt sprzedaliśmy prywatnemu nabywcy – mówi Robert Mania, prezes zarządu Miejskiej Energetyki Cieplnej w Koszalinie. – Podobnie, jak inne lokalne kotłownie. Nie były nam potrzebne, bo powstały duże ciepłownie, które dostarczały ciepło i nie zanieczyszczały powietrza.
Pamiątką po tamtych działaniach ciepłowników jest tablica upamiętniająca szwajcarską pomoc w modernizacji koszalińskiego ciepłownictwa, do dzisiaj wisząca na ścianie budynku siedziby MEC. A w archiwum firmy znajdziemy informację o powodach jej odsłonięcia: „Uhonorowani zostali szczególnie dwaj obywatele Szwajcarii, którzy w 1992 roku powołali do życia Stowarzyszenie Herisan-Koszalin. Członkowie stowarzyszenia podjęli starania o uzyskanie pomocy finansowej, dzięki której możliwe byłoby unowocześnienie energetyki cieplnej w mieście”. Dzięki pomocy Szwajcarów zlikwidowano inną, równie uciążliwą, jak ta, lokalną kotłownię, ale dzięki nowym rozwiązaniom technicznym można było zamykać kolejne.
Z posesji otoczonej murem zniknął wysoki transporter, który służył do wsypu opału do bunkra na dachu, z budynku wymontowano kotły. Działka zajmowana przez MEC została podzielona na dwie części.
– Ta, na którym funkcjonował i jest nadal parking przejęła KSM „Przylesie” w zamian za inny przekazany MEC – wyjaśnia Kazimierz Okińczyc, prezes spółdzielni. – To teren budowlany, na zabudowę niską.

Kłopotliwa przyszłość
Kiedy obiekt stał, początkowo tylko ciemny i cichy, ale w dobrym stanie snuto przypuszczenia, co tam można zrobić. Była mowa m.in. o galerii sztuki, o centrum kultury czy ośrodku zabaw dla dzieci albo siedzibie organizacji twórczych. Industrialny sznyt dodawałby takiemu przeznaczeniu uroku i oryginalności. Nic z tego nie wyszło.
Kotłownię wraz z działką o powierzchni 1400 mkw. kupił koszaliński przedsiębiorca budowlany Mieczysław Lusawa.
– Do przetargu stanąłem tylko ja. Niedaleko mamy sklep budowlany, planowałem tu urządzić większy – mówi dzisiaj. – Ale zaczęły powstawać duże sieciowe sklepy tej branży, sytuacja się zmieniła i musiałem zrezygnować z zamiaru. Zdecydowałem się na rozbiórkę budynku i urządzeń. Znalazł się jednak chętny nabywca, który chciał to zaadaptować na loft. Nawet wpłacił zaliczkę, jednak po jakimś czasie zrezygnował.
– Bardzo trudno taki teren sprzedać – ocenia Kazimierz Okińczyc. – Nie do końca wiadomo, jaka jest konstrukcja obiektu, jak uzbrojona. Rozbiórka może być bardzo droga, może droższa, niż wartość tej niewielkiej działki.

Niechciani lokatorzy
Obiekt cały czas jest wystawiony na sprzedaż, jednak chętnych nie ma. Są za to... lokatorzy.
– Z tą byłą kotłownią walczymy od dziewięciu lat – mówi Kazimiera Hołub, przewodnicząca Samorządowej Rady Osiedla im. M. Wańkowicza. – Powinna być dawno rozebrana. Jest w tej chwili nieestetyczna, odpadają elementy, szyby są wytłuczone. Zagraża bezpieczeństwu, bo na przykład wchodzą tam dzieci. W obrębie muru jest parking, ale przecież dozorca nie upilnuje całego terenu. Mieszkańcy bloku przy ul. Wańkowicza 48-56 zgłaszają nam, że osiedlają się tam szczury, które wchodzą do ich piwnic.
Mieczysław Lusawa rozebrał kilka lat temu komin.
– Trochę z tym było kłopotu – wspomina. – Był zużyty, a przede wszystkim stał tak blisko bloku.
Teraz postanowił sam rozebrać budynek, a dopiero potem wystawić czystą działkę o przeznaczeniu pod zabudowę mieszkaniową z częścią usługową do sprzedaży.
– Mam wszystkie wymagane dokumenty. Koszt to ok. 40 tysięcy złotych, a może i więcej – przewiduje koszty operacji. – Musi to zrobić specjalistyczna firma, szukam takiej. Tam jest solidna konstrukcja żelbetowa, pod kotły ciepłownicze, w dodatku obiekt stoi w środku osiedla. Trzeba się też dobrze przygotować logistycznie, ze względu na położenie i konieczność wywiezienia sporej ilości gruzu. Sądzę, że to się uda w najbliższym roku.
Zapytaliśmy w Powiatowym Inspektoracie Nadzoru Budowlanego, czy obiekt w obecnym stanie nie zagraża bezpieczeństwu. – Nikt w ostatnim czasie nie zgłaszał, że tam jest jakieś niebezpieczeństwo, coś nie zabezpieczonego – poinformowała nas Aleksandra Ziółkowska.

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

Oglądasz teraz: Nie dymi, ale straszy