Miasto - Tygodnik Koszaliński

Ekologia z farszem

Wokół dużego stoiska warzywno-owocowego w jednym z marketów krążyły dwie panie w wieku dojrzałym.

Jedna co chwilę sięgała po dorodne owoce lub warzywka, druga ją od razu strofowała: – Tego nie bierz, zobacz, jakie blade, to nie ma w ogóle smaku, te są nic nie warte, pędzone, sypane... itp., itd. Na koniec pani miała rozwiązanie dla ostatecznie pustego koszyka: – Pójdziemy sobie na bazarek, tam wszystko jest świeże i zdrowe.
Jeśli pani owa miała na myśli liczne w mieście bazarki, targowiska, warzywniaki w budkach i szczękach – to powodzenia! Przecież towar tam sprzedawany nabywany jest na giełdach owocowych i warzywnych, które otwierają podwoje bladym świtem. A skąd hurtownie mają ten towar? Od producenta, którego określa się w najlepszym przypadku nazwą kraju, bo już nie importera. Czyli – nie mamy żadnej gwarancji, że rzodkieweczka czy sałata nie jest „sypana”. Także dlatego, że „sypane” jest wszystko. Już tylko najstarsze gospodynie znają sposoby na pozbycie się zielonych liszek i jajeczek z kalafiora, bo młodym nie jest to potrzebne. Konia z rzędem temu, kto pamięta, kiedy ostatni raz zjadł śliwkę, malinę czy czereśnię z „mięsną” wkładką. Dorodne główki kapusty nie są już podziurkowane w kunsztowne ażury. A kto kupuje bób mrożony lub w markecie – nie wie, jak to jest, gdy trzeba wyrzucić nawet jedną czwartą ziaren, bo mają  dziureczki po gościach z czarną główką, często siedzących nadal w środku.
Przywykliśmy do pięknych, dobrze wybarwionych i wykształconych czystych warzyw, do owoców bez uszkodzeń, chorób i robaczków, do rzodkiewek oraz marchewek, których nie trzeba wykrawać do miejsca konsumowania ich przez szkodniki. To nie bierze się znikąd. To bierze się ze stosowania środków ochrony roślin. Stosują je także działkowicze stojący na bazarkach lub pod sklepami z paroma pęczkami szczypioru czy rzodkiewki. Dlatego w tym względzie mam większe zaufanie do produktów w marketach lub u tych współpracujących z hurtowniami, niż do tych „prosto z działki, niesypanych”. Dlaczego? Bo nie mam pewności, czy np. zachowali karencję i odczekali tyle, ile trzeba po zastosowaniu środka chemicznego. Markety nie bez kozery chełpią się, że mają stałych, sprawdzonych dostawców. Ich nie stać na kłopoty zdrowotne nabywców. Ani na nieobecność klienta, gdy zrazi się nieudanym nabytkiem. A że to wszystko prowadzi do ubożenia różnorodności biologicznej, czyli do jednej odmiany jabłek, ziemniaków i kapusty na półkach – to już zupełnie inny temat.
Dana Jurszewicz

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

Oglądasz teraz: Ekologia z farszem