Miasto - Tygodnik Koszaliński

Dawać czy nie dawać?

Kilkanaście dni temu kurier, roześmiany młody mężczyzna przyniósł mi paczkę z zamówionym w internecie dywanem. Wniósł ją do mieszkania i wyraźnie ociągał się z odejściem.

Kiedy ostatecznie go żegnałam i zamykałam drzwi, usłyszałam: „Tak bez napiwku?” Może i bym mu dała te 5 zł, ale nie po tym, co dodał: „Ja specjalnie ten dywan aż tu przyniosłem!”
O, żesz ty! Przecież kurier ma w obowiązku przynieść paczkę do mieszkania! Na tym ta usługa polega, w odróżnieniu od dowozu np. mebli czy lodówki ze sklepu, kiedy tragarze zostawiają je po blokiem, a jeśli wnoszą to za specjalną opłatą (jest taryfa).
Ten dodatek do rachunku nazywa się różnie – tip, propina, Trinkgeld, czajewie. Z definicji to wyrażone w pieniądzu zadowolenie klienta, głównie lokalu gastronomicznego, choć ostatnio nie tylko. U nas jest to napiwek, co młodzi sezonowi pracownicy w pasie nadmorskim traktują czasem dosłownie i stawiają na ladzie puszkę z prośbą o datek na piwo (czy ten dochód będzie opodatkowany?). Inni zbierają na studia, wycieczkę albo na ...stancję. Ale nikogo nie przymuszają. Tymczasem w w niektórych krajach jest niepisanym, jednak przymusem (południe Europy i Anglia, północna Afryka, Turcja). Za to w innych (Daleki Wschód) wciskanie napiwku jest obraźliwe. Zasady savoir-vivre określają nawet wysokość – zwykle ok.10 % kwoty do zapłacenia. Sytuację trochę komplikuje szerzący się system płacenia kartą. Wtedy albo trzeba na tacce położyć kilka groszy w żywej gotówce, albo: „Proszę tam zaokrąglić”. Jak kelner to sobie potem odbierze – jego rzecz. Grecy nie mają kłopotu, tam się napiwek od razu do rachunku dopisuje bez pytania, czy smakowało.
Polacy są znani z wielu rzeczy, których nie robią. W tym z tego, że nie dają napiwków. Ja też nie daję, zwłaszcza tam, gdzie próbuje się mnie do tego przymusić. Bo czegoś nie potrafię zrozumieć. Otrzymuję kartę dań z wycenionymi potrawami. Nie ma drugiego cennika za obsługę, czyste obrusy, uśmiech oraz smak dania. To wszystko jest wkalkulowane w cenę.  Domagający się napiwków powinni zatem po prostu podnieść ceny dań i tyle. Wtedy wiem, ile mnie będzie wizyta kosztować (widziałam rachunek, na którym dopisany napiwek był wyższy, niż zapłata za dwa kieliszki wina). I nie muszę czuć się łaskawym paniskiem... Bo mnie dawanie napiwku krępuje.
Obyczajów innych nie zmienimy, ale może nie musimy ich flancować do nas. A kwestia opodatkowania tych dochodów już drąży serca i umysły instytucji skarbowych.
Dana Jurszewicz


Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

Oglądasz teraz: Dawać czy nie dawać?