Miasto - Tygodnik Koszaliński

Każdy z nas przeżył swój własny Katyń

 Kartka pocztowa :: Fot: Tomasz Wojciechowski

Jak co roku, wspominamy tragiczną zbrodnię, której ofiarą padli polscy jeńcy w Katyniu, Charkowie i innych miejscach kaźni w 1940 roku. Rozmawiamy na ten temat z Bronisławem Strzokiem, prezesem Stowarzyszenia Rodziny Katyńskiej w Koszalinie.

Czym zajmuje się państwa stowarzyszenie?
– Stowarzyszenie działa już od blisko 30 lat i przez ten cały czas dbamy o upamiętnienie i zachowanie pamięci o zbrodni katyńskiej. Organizujemy konkursy dla młodzieży szkolnej, konferencje, spotkania. Z naszej inicjatywy posadzono Dęby Pamięci w Koszalinie, Połczynie Zdroju i w innych miastach. Do tego można dołączyć różne izby pamięci i pomniki. W Koszalinie widoczne są miejsca, gdzie żywa jest pamięć o Katyniu. Jest to np. kościół pw. Świętego Ducha, gdzie znajduje się obraz o tematyce katyńskiej i pamiątki.

To chyba nie jedyna działalność?
– Zrzeszamy ponad 80 członków, którzy zgromadzili bogatą dokumentację dotyczącą Katynia, zdjęcia i listy swoich bliskich tam poległych. Posiadamy liczne publikacje, akta, analizy. Chcemy, by ta pamięć była wiecznie żywa. Każdy z członków ma swojego bliskiego z rodziny zamordowanego w Charkowie, Katyniu, Miednoje. To ludzkie historie, losy. Po zabitych pozostały pamiątki, a gdy dowiadywano się o odkryciu grobów, trudno było w takie bestialstwo uwierzyć. O tych przeszło 20 tysiącach pomordowanych oficerów Wojska Polskiego w Katyniu było głośno w 1943 r., ale mało kto dał temu wiarę. Mówiliśmy: propaganda Niemców. Wiadomo było, że Sowieci to byli bandyci, nieobliczalni ludzie. Ale nikt by nie przypuszczał wtedy w Polsce, że byli zdolni aż do tego.

Czy wśród zabitych w Katyniu był ktoś z pana rodziny?
– Bezpośrednio nie. Ale we Lwowie zamordowano mojego ojczyma, który był polskim policjantem. W 1941 r. zabrano go do lwowskiego więzienia – „Brygidki”, gdzie wszelki słuch o nim zaginął.

Skąd pewność, że go zabito?
– Pewnego dnia przyszedł do naszego domu jego towarzysz z celi, któremu udało się wydostać na wolność. Powiedział, że ojczyma wywołano z celi i już nie wrócił. Wie pan, taka ciekawostka, ten człowiek wspomniał jeszcze że dobrze ich karmili. Więźniowie dostawali nawet mięso. I było ono słodkie.

Nie posądzałbym Sowietów o taką sympatię do swoich ofiar, więc przypuszczam, że karmiono ich mięsem nie do końca zakwalifikowanym do spożycia?
– Ludzkim. Karmiono ich ludzkim mięsem. Gdy Niemcy wkroczyli do miasta i otworzyli bramy więzienia, odkryto w kuchniach ugotowane kobiece piersi. Rosjanie, jak kanibale karmili swoich więźniów zmarłymi, pomordowanymi współtowarzyszami.

Ojczym jako polski policjant, a więc potencjalny wróg Sowietów, nie chciał uciec na zachód kraju?
– Na początku o tym myślał, ale zawrócił z drogi i został z nami. Wiedział, że pod okupacją Armii Czerwonej prędzej czy później po niego przyjdą, ale mówił że jeśli coś ma się stać, to rodzina musi być razem. I tak mieliśmy szczęście, że po śmierci ojczyma nie wywieziono nas na Sybir.

Wróćmy jeszcze na chwilę do zbrodni katyńskiej. W filmie Andrzeja Wajdy, główny bohater prowadzi zapiski. Jego pierwowzorem jest zabity w Katyniu porucznik. Czy obraz, sposób egzekucji pokazany w tym filmie jest zbliżony do rzeczywistego przebiegu mordu katyńskiego?
– Myślę że tak, ale z wyjątkiem Katynia, gdzie strzelano do Polaków za dnia, w pozostałych przypadkach egzekucje odbywały się nocą. Dramat Katynia to właśnie ci ludzie, których prowadzono ze związanymi rękami i stawiano nad masowym grobem o wymiarach 12 x10 metrów. Tuż przed śmiercią widzieli jeszcze leżące w dole ciała towarzyszy. A przecież gdy przebywali w obozach, wmawiano im że zostaną odesłani do krajów neutralnych lub zostaną przetransportowani do innych obozów.

Sądzi Pan, że musieli umrzeć?
– Sądzę, że tak. To byli nie tylko oficerowie rezerwy, ale też generałowie, naukowcy, urzędnicy, przedwojenna inteligencja, której istnienie nie było wcale na rękę Stalinowi.

Ponoć wielu z oprawców popadało w obłęd lub popełniało samobójstwo, nie mogąc wytrzymać obciążenia psychicznego?
– Tak, to prawda. Wielu skończyło w ten sposób lub zapijali się na śmierć. Taki enkawudzista mordował całą noc, padał nieprzytomny na łóżko, a następnie budził się, zmywał krew z ubrania i rąk, a żeby uspokoić sumienie, sięgał po wódkę. Aczkolwiek dwóch spośród oprawców, którzy strzelali w Katyniu zostało później szefami UB w Warszawie, więc to chyba była kwestia odporności. Dla wielu z nas Sowieci, zwłaszcza ci z NKWD to były bestie.

Jak wspomina pan tamten okres okupacji sowieckiej?
– Mówiło się, że wchodzi wojsko, które nie przyniesie oczywiście wyzwolenia. NKWD było bardzo sprawne, na terenach zajętych przez wojsko sowieckie, w ciągu jednej tylko nocy potrafiono zatrzymać wszystkich policjantów polskich. Tak zaaresztowano mojego ojczyma, którego najpewniej ktoś zadenuncjował.

Skąd wiedzieli, gdzie szukać polskich rodzin?
– W obozach pozwalano na prowadzenie korespondencji. Na przesłuchaniach pytano o rodzinę i miejsce zamieszkania. Jeszcze w 1939 r. dokonano wymiany jeńców między Wehrmachtem a Armią Czerwoną. Polscy żołnierze mieszkający na wschodzie trafili właśnie do Katynia. Wielu z członków naszego stowarzyszenia przeżywało wtedy własny, prywatny Katyń.

Nawet po śmierci nie zostawiono poległych w spokoju. Jeszcze w trakcie wojny postawiono na tym terenie wille NKWD, były libacje, strzelanie dla zabawy, a ścieki i szambo odprowadzano do miejsc, gdzie spoczywały zwłoki. Podobno nadal budują się tam ludzie...
– To racja, gdy byłem w Katyniu, szukałem nawet pozostałości tych willi, ale wszystko zostało zrównane z ziemią. Pamiętam, jak jeden człowiek rozmawiał ze mną, że zaczyna tu budować dom i nie ma miejsca, gdzie po wbiciu w ziemię łopaty, nie natrafiłby na ludzkie kości...

Rozmawiał Tomasz Wojciechowski

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

Oglądasz teraz: Każdy z nas przeżył swój własny Katyń