Miasto - Tygodnik Koszaliński

Kuczka, dziedzictwo historii miasta

 Koszalińska kuczka :: Fot: Magda Pater

Kilka lat temu do Archiwum Państwowego zadzwoniła przebywająca w Koszalinie mieszkanka Poznania z pytaniem: Czy wiecie, że macie w mieście kosz żydowski, wielką rzadkość?

Telefon odebrała Dorota Cywińska, starszy archiwista AP i zainteresowała się tematem. Poszukała w zasobach i znalazła informacje potwierdzające, że coś, co wygląda, jak drewniana weranda na szczytowej ścianie kamienicy przy ul. Jana z Kolna 26 istotnie jest pozostałością po jej przedwojennych mieszkańcach. Nazywa się kuczka. Określenie „kosz” może być lokalne, ale nie bez związku z przeznaczeniem owej budowli.

Ulica przed 1945 rokiem nazywała się Buchwald-Strasse, a kamienica nosiła numer 22. Zbudowano ją w 1905 roku jako budynek mieszkalny, trzykondygnacyjny, podpiwniczony. Front kamienicy do dzisiaj budzi podziw – ozdobny, pełen ciekawych detali. Skąd wiemy, kto zajmował tam mieszkania? – Każdego roku wydawano książki adresowe, czyli „Adresbuch Köslin” – wyjaśnia Dorota Cywińska. – Tam zamieszczano informacje o właścicielach kamienic i ich lokatorach, a także wykonywanych zawodach. I w nich jest informacja, że w jednym z lokali, na pierwszym lub drugim piętrze (parter zwykle zajmował właściciel) mieszkał ktoś oznaczony w spisie jako „prediger”, czyli duchowny. To określenie stosowano zresztą do każdego duchownego, bez względu na religię. Tu w 1916 roku mieszkał Joseph Kahn, najprawdopodobniej żydowski duchowny, na co wskazuje owa kuczka. Mieszkał tam jeszcze w roku następnym, ale w spisie z 1922 roku już jego nazwiska nie ma. Zmienił się też właściciel i był nim handlarz drewna Köhn.

Kamienica przetrwała zawieruchę wojenną i, co zadziwiające, przetrwała też ta skromna „weranda”, drewniana, przeszklona i piętrowa. To jeden z niewielu śladów zostawionych przez ludność żydowską Koszalina. Synagoga, zbudowana w 1885 roku, została spalona podczas nocy kryształowej 9 listopada 1938 roku. Spłonął dom pogrzebowy, zniszczono obydwa cmentarze. Pozostała jedna macewa wyłowiona z rzeki. Wtedy też rozpoczął się koniec niedużej, liczącej nie więcej jak 200, może 300 osób społeczności żydowskiej. Koszalińscy Żydzi stopniowo byli wywożeni do obozów koncentracyjnych, kto zdołał – uciekał. Jedyny koszalinianin, który ocalał to Leslie Brent, brytyjski naukowiec, urodzony w 1925 roku, w budynku przy ul. Dworcowej, a więc niedaleko kuczki przy Jana z Kolna. To on był w grupie dzieci, które organizacja żydowska wywiozła do Londynu.

Czym jest kuczka i czemu służyła? Nie jest to bowiem w żadnym wypadku zwykła weranda. Kuczka to szałas budowany w święto Sukkot. Bo słowo to, po hebrajsku „sukka”, oznacza właśnie szałas lub namiot. Polskie określenie wyprowadza się od tego samego znaczenia. Święto przypada na przełom września i października. Ma przypominać Żydom, w jakich warunkach mieszkali podczas ucieczki z Egiptu.

Przepisy religijne dokładnie określają wygląd i konstrukcję takiego szałasu, m.in. powinien mieć co najmniej trzy ściany, stać pod gołym niebem i być zbudowany z materiału roślinnego (słoma, trzcina, jedlina). Dach powinien być taki, by można było widzieć gwiazdy. Ale pora roku nie sprzyjała przestrzeganiu tych zasad, więc zostały nieco zmodyfikowane. W naszym klimacie to już czas dotkliwych chłodów i opadów. Dlatego budowano je najczęściej z drewna i na tylnych elewacjach domów lub w podwórkach. Przypominały zabudowane balkony, loggie lub ganki, ale zawsze miały niebo nad sobą, nie sufit mieszkania. Niektóre miały podnoszone dachy, by świętujący mógł rzeczywiście spędzać ten czas pod gołym niebem. Kuczka nie zawsze powstawała równocześnie ze wznoszeniem budynku, częściej dobudowywano ją później i na ogół nie niżej, jak na I piętrze. Przylegała wtedy do mieszkania. Jakiej konstrukcji jest koszalińska kuczka, może się okazać dopiero przy rozpoczęciu jej remontu. Jest jednak solidna, skoro wytrzymała tyle lat na ścianie budynku. Posiadanie własnej kuczki było nie tylko oznaką zamożności, ale też szacunku dla tradycji. Mniej zasobni Żydzi stawiali kuczki okazjonalne na podwórku czy w ogrodzie – dla jednej lub kilku rodzin. Posiadacze obszernych balkonów instalowali je właśnie tam na czas święta. Budowano też stałe kuczki drewniane, znacznie rzadziej murowane. Musiały zawsze mieć otwierany dach i duże przeszklone ściany, by zachować zgodność z zasadami i by choć trochę nawiązywały do tradycji oraz historii święta. Można było urządzić tymczasową kuczkę na poddaszu lub w przybudówce, pamiętając wszakże o uchylnym zadaszeniu.

Święto Sukkot zwane jest także świętem Namiotów, Szałasów lub po prostu Kuczek. Rozpoczyna się w piątek z cotygodniowym szabatem, a kończy w sobotni wieczór następnego tygodnia. Zamyka je kolejne święto – Simchat Tora z modlitwą o deszcz, choć w trakcie święta deszcz nie był raczej oczekiwany. Sukkot ma upamiętniać czterdziestoletnią wędrówkę Żydów przez pustynię i spanie w namiotach.

Wyznawcy judaizmu powinni w kuczce spędzić całe, trwające siedem dni święto. Zaliczane jest do świąt radosnych, bo to także święto zbiorów po zakończeniu prac rolniczych. Dlatego przygotowuje się bukiet z palmy(lulaw), mirtu(hadasa) i wierzby(arawa), a podczas modlitwy potrząsa nim na cztery strony świata. Dla Żydów mieszkających w diasporze Sukkot symbolizuje dążenie do odnalezienia miejsca na ziemi, czyli własnego kraju.

Wnętrze kuczki musiało być tak urządzone, by można było wygodnie spędzić w niej te dni, modląc się, spożywając posiłki i podejmując gości, co stanowiło część rytuału. Dlatego podłogi wyściełano dywanami, stawiano stoły i krzesła. Dzieci były odpowiedzialne za przystrojenie, toteż na ścianach wieszały ozdoby, łańcuchy, lampiony. Stała kuczka mogła mieć wnętrza pokryte malowidłami. Przez siedem dni pobożny Żyd powstrzymywał się od pracy, dzieci nie chodziły do szkoły. Ale świętowali tylko mężczyźni i chłopcy od lat 13, czasem nawet sypiając w kuczce, o ile pozwalała na to aura. Kiedy panowie się modlili i dyskutowali z gośćmi, kobiety przygotowywały i podawały potrawy. Mogły czasem spróbować podanego im przez próg słodkiego wina. Potrawy były ściśle określone, w każdym dniu inne. To święto jest często wspominane, bowiem dzieci w jego trakcie mogły się bawić, psocić i zajadać przysmakami.

Czy to wszystko działo się w kuczce przy obecnej ul. Jana z Kolna? Zapewne tak, choć zważywszy na jej rozmiary – gości za wielu nie zmieściłoby się. Dziś kuczka przylega do dwóch mieszkań – na I i na II piętrze. Kamienica stanowi wspólnotę mieszkaniową, oprócz kilku lokali mieszkalnych swoje siedziby mają tu: zarząd okręgu Związku Inwalidów Wojennych, Zachodniopomorski Okręg ZNP i koszaliński oddział Związku Kynologicznego w Polsce.

Andrzej Mundziel, zarządzający wspólnotą zna doskonale historię niezwykłego dodatku do kamienicy. – Mamy dokładne rozpoznanie i chcemy tę część budynku wyremontować – mówi. – Mamy na to środki, mamy ekspertyzy... Mamy też trzy segregatory dokumentów, bo od ponad trzech lat zabiegamy o zezwolenie na rozpoczęcie remontu. Obecnie, po wszelkich procedurach, czekamy na decyzje sądowe. Mam nadzieję, że to się w tym roku stanie. Obiekt nie wygląda najlepiej. Jeśli pewnego dnia odpadnie od ściany, nikt go nie podniesie i nie zrekonstruuje. Teraz jest na to ostatni czas.

Jak tymczasem lokatorzy mieszkań na I i II pietrze wykorzystują kuczkę? Najpewniej jako werandę czy balkon. Niestety, nie udało się z nimi porozmawiać. Liczne kuczki przetrwały np. w Lublinie, Łodzi, Krakowie. W Koszalinie mamy tę jedną, maleńkiego świadka przeszłości miasta, przeszłości chyba wciąż czekającej na odkrycie.

Dana Jurszewicz

*W opisie kuczek i przebiegu święta korzystałam z publikacji Małgorzaty Michalskiej-Nakoniecznej na http://teatrnn.pl/leksykon/artykuly/kuczki-w-lublinie/.

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

Oglądasz teraz: Kuczka, dziedzictwo historii miasta