Miasto - Tygodnik Koszaliński

Bohaterki na co dzień i od święta

 Od lewej: Franka, Lea i Ola :: Fot: Archiwum

W dobie fit matek, matek eko, matek fashionistek i matek celebrytek, trudno jest być po prostu mamą. Kobietą, która dwa tygodnie po porodzie nie ma idealnie płaskiego brzucha, nie zawsze jest wyspana i perfekcyjnie umalowana, ale mądrze kocha swoje dzieci i pokazuje im, że każda supermenka ma prawo do chwili słabości.

Mama spełniona
Nie zawsze było łatwo i przyjemnie. Za nią nieprzespane noce, kolki i ząbkowanie, rozbite podczas zabawy czoło, drzazga w stopie i wizyta w szpitalu spowodowana podejrzeniem, że dziecko napiło się chloru. Jednak Zosia Karbowiak, mama trzech córek, mówi o macierzyństwie w samych superlatywach, a uśmiech nie schodzi jej z twarzy. Najstarszą – dziś 19-letnią Olę – urodziła w wieku dwudziestu lat.  Zawsze marzyłam o tym, żeby mieć wielodzietną rodzinę, żeby dosłownie obstawić się dzieciakami – podkreśla wokalistka i kompozytorka.

Jednocześnie nie ukrywa, że lata, które spędziła z rodziną w Danii, stanowiły dla niej spore wyzwanie.  Nie mieliśmy wsparcia w postaci dziadków, a ponieważ gramy koncerty wspólnie z mężem, musieliśmy zadbać o to, żeby w tym czasie dziewczynki były bezpieczne i miały należytą opiekę – wspomina. – W takich sytuacjach niejednokrotnie odczuwałam strach, bo to przecież ja jestem matką i powinnam być wieczorami przy dzieciach, a była z nimi niania, czyli w gruncie rzeczy obca osoba.

Dziś Zosia Karbowiak z dumą patrzy na swoje córki – 19-letnią Olę, tegoroczną maturzystkę, 15-letnią Frankę i 13-letnią Leę, bo wszystkie, nawet najmłodsza, przejęły jej pasję do gotowania i potrafią samodzielnie przyrządzić obiad dla całej rodziny. Każda córka jest uzdolniona muzycznie i w jakimś stopniu chce kontynuować edukację w kierunku artystycznym, co mamę jako artystkę cieszy podwójnie. Uczy je też niezależności. Dziewczynki jej zdaniem powinny umieć wymienić uszczelkę, przepchać toaletę, naprawić kontakt i koniecznie muszą mieć prawo jazdy.  Staram się też przekazać im, że każda z nas ma prawo do chwili słabości, że nie musimy być bohaterkami przez całą dobę – dodaje wokalistka.

Chwile zwątpienia? - Absolutnie żadnych – mówi z przekonaniem koszalinianka.  Nawet się sobie dziwię, że ani razu nie pomyślałam z zazdrością o koleżankach, które podróżują, imprezują i mają czas na wiele innych przyjemności. Dla mnie najpiękniejsze chwile to te spędzone z rodziną. W weekend czyściliśmy basen, a potem postanowiliśmy zrobić grilla. Siedząc w ogrodzie z moimi rodzicami, z mężem i z dziećmi zakręciła mi się łezka w oku, bo poczułam się absolutnie szczęśliwa i spełniona. Mój dom to moja dyskoteka, tam są moje spotkania z koleżankami, a moją najlepszą przyjaciółką, choć to pewnie zabrzmi dziwnie, jest mój mąż.

Czym jest dla niej rodzicielstwo?  Dla mnie bycie mamą to jest nałóg, żeby nie powiedzieć choroba psychiczna. Powiedziałam mojemu mężowi, że jeżeli to by zależało tylko ode mnie, od mojej duszy, serca i organizmu, to mielibyśmy co najmniej szóstkę dzieci – śmieje się koszalinianka.

Mama wielozadaniowa
Małgorzata Łuczkiewicz, prezes Koszalińskiego Stowarzyszenia Pomocy Osobom Autystycznym, to mama trójki dzieci: dwóch córek – 33-letniej Magdaleny i 32-letniej Moniki oraz 24-letniego Macieja.  Ze względu na mój pierwszy zawód, a jestem opiekunką dziecięcą, wiedziałam jak zajmować się niemowlętami i nie odczuwałam strachu – wspomina.

Po ponad roku od pierwszego porodu na świecie pojawiła się jej druga córka.  To już było wyzwanie, bo kiedy jedna z dziewczynek chciała jeść, to druga akurat domagała się noszenia na rękach – opowiada z uśmiechem i wskazuje:  Wychowywanie dwojga małych dzieci nie jest takie łatwe, jakby się mogło komuś wydawać.

Koszalinianka przyznaje, że najbardziej nie lubiła zarwanych nocy.  Z drugiej strony, było mi przyjemnie, kiedy moje córki się do mnie przytulały, prosiły, żeby zapleść im warkoczyki na całej głowie albo kiedy wychodziłyśmy wspólnie na spacer - dodaje Małgorzata Łuczkiewicz. Mimo że opieka nad dziećmi i obowiązki domowe pochłaniały dużo czasu, prezeska stowarzyszenia podkreśla, że zajmowanie się rodziną było dla niej zupełnie naturalne. Dziś nie wtrąca się w wychowanie swoich wnuków.  Oczywiście, córki wiedzą, że mogą liczyć na moją pomoc i poradę, ale dziadkowie są od kochania, a nie od opieki nad maluchami – mówi.

Małgorzata Łuczkiewicz, oprócz zajmowania się domem i rodziną, pracowała także zawodowo. Po urlopie macierzyńskim wróciła do pracy, a córki poszły do żłobka i do przedszkola.  Żłobek był na Struga, przedszkole na Piłsudskiego, a moja firma mieściła się na Połczyńskiej, więc trzeba było się nagimnastykować, żeby nigdzie się nie spóźnić – wyjaśnia.

Po ośmiu latach urodził się Maciej. Koszalinianka przestała pracować, kiedy chłopiec skończył cztery lata.  Wtedy okazało się, że syn ma autyzm, więc postanowiłam zostać z nim w domu, ale nie trwało to długo – mówi.

Szefowa stowarzyszenia dodaje, że nie wychowywała swoich dzieci pod kloszem. Ważne dla niej było, żeby nauczyć je samodzielności, znajdowania wyjścia z trudnych sytuacji i umiejętności rozwiązywania konfliktów.  Czułam się szczęśliwa, kiedy moje córki z niezłymi wynikami ukończyły szkoły, a teraz kiedy same zostały matkami jestem spokojna, bo wiem, że sobie poradzą – mówi. Opieka nad Maćkiem uczy ją i męża pokory oraz innego podejścia do życia. To dzięki synowi koszalinianka zaangażowała się w działalność społeczną i pokierowała stowarzyszeniem zajmującym się osobami autystycznymi.

Pani Małgorzata nie zapomina też o sobie. Zawsze jest nienagannie uczesana i umalowana oraz modnie ubrana. - Wyniosłam to z domu – wyjaśnia.  Moja mama pracowała w urzędzie i zawsze dbała o to, żeby dobrze wyglądać, a ja ten nawyk przejęłam po niej .

Mama zaangażowana
Aleksandra Kowalska, prezeska stowarzyszenia „Mama w mieście Koszalin” ma troje dzieci – 22-letnią Natalię, 10-letnią Michalinę i blisko 6-letnią Izabelę. Najstarszą córkę urodziła w wieku 18 lat. Jednocześnie skończyła liceum i cztery kierunki studiów.  Bardzo pomagały mi wtedy mama i teściowa – wspomina.

Opieka nad pierwszym dzieckiem była dla niej źródłem nie tylko radości, ale też zmartwień. - Bardzo się wtedy wszystkim przejmowałam. Z każdym katarem biegłam do lekarza – opowiada koszalinianka i dodaje: - Przy kolejnych dzieciach już tak nie panikowałam. Z przeziębieniem można poradzić sobie samemu. Jak smoczek albo jabłko spadnie na ziemie i dziecko je podniesie i włoży do buzi to też nic się nie stanie.

Dziś problemy są inne. Wrogiem rodziców są tablety, playstation i telefony komórkowe, które tak absorbują małoletnich, że zapominają o tym, co dzieje się dookoła nich.  Nasza rola polega na tym, żeby wyjaśnić naszym pociechom, jak racjonalnie gospodarować czasem, bo z techniką nie wygramy – podkreśla Aleksandra Kowalska.

Jej najstarsza córka, od kiedy nauczyła się czytać, nie wypuszczała książek z rąk. W domu miała regał wypełniony ulubioną literaturą. Dziś studiuje filologię angielską i rosyjską na uniwersytecie w Poznaniu. Średnia, która była „prezentem” na trzydzieste urodziny i miała być chłopcem pasjonuje się sportem. 10-latka gra w piłkę nożną w barwach Victorii SP2 Sianów, pływa i gra w siatkówkę.

Kiedy urodziła się druga córka, to na nowo uczyłam się macierzyństwa – wyjaśnia szefowa stowarzyszenia.  Na rynku pojawiły się jednorazowe pieluchy, były słoiczki z jedzeniem i soki dla niemowlaków. To była prawdziwa rewolucja. Trzecia córka, którą pani Ola ze śmiechem nazywa „planowaną niespodzianką”, jest oczkiem w głowie całej rodziny. Najbardziej rozpieszczona, czasem dokazująca, ale bardzo kochana.

Przy Izie byłam chyba najbardziej świadomym rodzicem. Zrezygnowałam z gotowych posiłków dla dzieci i sama przygotowywałam wszystko ze świeżych składników – dodaje.  To samo dotyczyło leków. Macierzyństwo daje jej ogromną radość. Nie ukrywa, że jest bardzo dumna ze swoich córek, wszystkich wspaniałych i utalentowanych na różnych polach - najmłodsza Iza śpiewa w chórze w Pałacu Młodzieży.

Mam też w sobie spokój, bo wiem, że na starość córki nie dadzą mi zginąć – śmieje się pani Ola. Jej dzieci zainspirowały ją do działalności społecznej. Od kilku lat jest jedną z twarzy prężnie działającego stowarzyszenia „Mama w mieście Koszalinie”. Organizacja prowadzi sztab pomocowy, przygotowuje projekty badań profilaktycznych w ramach Budżetu Obywatelskiego i angażuje się w wiele akcji skierowanych do kobiet i ich pociech.

Swoim córkom zawszę mówię, że jestem z nich bardzo dumna, ogromnie je kocham i życzę im, żeby realizowały się w każdej wybranej przez siebie dziedzinie oraz osiągały wszystkie zamierzone cele – mówi koszalinianka.

Aleksandra Barcikowska

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

Oglądasz teraz: Bohaterki na co dzień i od święta