Miasto - Tygodnik Koszaliński

Historię mam we krwi

 Ekipa najnowszego filmu Marcina Maślanki i Arkadiusza Patera :: Fot: Studio

Rozmowa z Marcinem Maślanką, prezesem Stowarzyszenia Grupa Rekonstrukcji Historycznej „Gryf”.

Skąd wzięła się u ciebie fascynacja historią, rekonstrukcjami historycznymi? Jak zaczęła się droga „Gryfa”?
– Fascynacja historią zaczęła się bardzo wcześnie w dzieciństwie. Wszystko za sprawą mojego śp. dziadka i jego bardzo barwnych opowieści i przeżyć z okresu II wojny światowej. Potrafił świetnie opowiadać i zainteresować historią, a ja słuchałem go z niezwykłą pasją. Potem był okres szkolny, w którym trafiłem na dobrych nauczycieli historii, takich z zamiłowaniem. Pochłaniałem duże ilości książek historycznych i to wyposażało mnie w wiedzę, czasami bardzo szczegółową. Doszło do tego harcerstwo, spotkania z weteranami AK i ich opowieści, studia, badania historyczne. Dużym przełomem było poznanie około 2000 r. żyjących jeszcze wtedy żołnierzy 5. Wileńskiej Brygady AK. To byli niezwykle magnetyzujący ludzie, z mocnymi kręgosłupami ideowymi i szlakiem bojowym, który robił wrażenie. Również ich podejście do tradycji, przyjaźni i wartości. Wtedy zainteresowałem się tym tematem. W 2011 r. powstała tablica pamięci 5. Wileńskiej Brygady AK w Koszalinie, a w 2012 r. rondo mjr. „Łupaszki”. Potem wpadliśmy na pomysł założenia grupy rekonstrukcyjnej i tak narodził się „Gryf”. Uznaliśmy z kilkoma kolegami, że jest to dobry sposób na edukację historyczną w zakresie 5. Wileńskiej Brygady AK oraz innych formacji, i to się sprawdza.

Od ilu lat jesteś zaangażowany w projekt w Sianowie? Jak w ogóle wygląda takie przygotowanie rekonstrukcji, organizacja całości?
– W projekty tego typu w Sianowie zaangażowany jestem od początku, to jest od 2014 r., kiedy tamtejszy samorząd nadał parkowi imię Powstańców Warszawskich. Wtedy to zorganizowaliśmy pierwszą rekonstrukcję historyczną, i to się bardzo spodobało mieszkańcom. W kolejnych latach już zawsze 1 sierpnia odbywała się tam rekonstrukcja, od trzech lat wspólnie ze Studiem Historycznym „Huzar” Łukasza Gładysiaka, które bierze na siebie większość kwestii organizacyjnych. Praca nad takim wydarzenia jest bardzo trudna i trwa długo – kwestia całej logistyki, znalezienia miejsca odpowiedniego, w którym architektura w przybliżeniu pasuje do odtwarzanych wydarzeń, zamówienie broni, amunicji, pojazdów, sprzętu – to są rzeczy bardzo skomplikowane. Dochodzi, oczywiście, budowanie fabuły takiego wydarzenia, sprawdzanie historii oddziału wojskowego który w danym momencie odtwarzamy. Czasami spędza się wiele dni na weryfikacji relacji, opisów wydarzeń, analizie zachowanych zdjęć i wertowaniu dokumentów. Później przychodzi czas na podział ról, ustawienie osób i pojazdów w polu, czasami dialogi. Wyszukujemy w naszych grupach rekonstrukcyjnych osób o zdolnościach aktorskich lub, kiedy trzeba, predyspozycjach wojskowych.

Jak zostać rekonstruktorem?
– Może nim zostać każdy, powiedzmy od 15. roku życia. Po pierwsze trzeba się interesować historią albo militariami, albo jednym i drugim. Najważniejsze jest zgłębianie wiedzy historycznej z tematu, jaki chce się odtwarzać. Później wybór grupy i tematyki, jaka jest najbliższa zainteresowaniom. Może to być I lub II wojna światowa, formacje polskie lub niemieckie, amerykańskie czy sowieckie. Temat jest skomplikowany. Ale mogę zapewnić, że jest to wspaniała pasja. Możliwość rozwoju i ciekawego sposobu na spędzanie wolnego czasu. Oczywiście, jest też możliwość poznania fantastycznych ludzi o podobnych zainteresowaniach i budowanie przyjaźni.

Jak jest z zabezpieczeniem wyposażenia, zakupem sprzętu, mundurów, broni? Łatwo to kupić?
– Dzisiaj dostęp do replik mundurów, broni czy wyposażenia jest dużo łatwiejszy niż jeszcze 5 czy 7 lat temu. Są firmy w Polsce i na świecie, które specjalizują się w produkcji mundurów historycznych. Nasze początki były takie, że trudno było nam zdobyć odpowiednie umundurowanie, poza tym ceny były również wysokie. Bywało tak, że szyliśmy repliki na zamówienie u krawcowej według oryginalnych rysunków i wykrojów z okresu wojennego. Dzisiaj przez główne portale aukcyjne i specjalistyczne sklepy można się wyposażyć. Można też w ten sposób kolekcjonować oryginalne artefakty, które później stanowią wyposażenie rekonstruktora. Jeżeli chodzi o broń, to bazujemy głównie na replikach lub oryginałach tzw. DEKO – pozbawionych cech użytkowych, ale koledzy wyrabiają sobie też pozwolenia na broń palną do celów rekonstrukcji i taka broń zaczyna się pojawiać. Na duże rekonstrukcje przyjeżdża specjalistyczna firma, która użycza broni hukowej.

Pamiętasz swoje pierwsze wrażenia z udziału w rekonstrukcji?
– Tak, pamiętam. Było bardzo duże podniecenie. Rekonstrukcja nie była duża, ale cel edukacyjny był ważny. Pierwszy raz chyba byłem w takiej roli, gdzie trzeba było coś „zagrać”, pokazać na bojowo. Oglądało nas ponad 200 osób, głównie uczniów. Później już było łatwiej, ale adrenalina jest zawsze, stres również. Chodzi o to żeby się wszystko udało, żeby było zgodnie ze scenariuszem, a czasami bywa tak, że zawodzi broń, sprzęt albo ludzie gubią swoje role. Trzeba improwizować.

W swojej działalności staracie się odwzorować też Żołnierzy Wyklętych – kogo z nich najbardziej cenisz?
– Myślę, że taką osobą jest ppor. Zdzisław Badocha „Żelazny” – żołnierz i oficer 5. Wileńskiej Brygady AK. Młody chłopak. W wieku 21 lat dowodził oddziałem partyzanckim tu, na Pomorzu i zastosował niezwykłą taktykę, którą paraliżował działania komunistów na znacznym obszarze. Jednocześnie był bardzo odważny i wierny wartościom. Jego żołnierze go bardzo cenili. Zginął w obławie w wieku 21 lat. To o nim zrobiliśmy film, który miał premierę w lutym 2019 r. Do tej pory obejrzało go prawie 100 tys. osób. Film trafił na cały świat, m.in. do Australii czy Wielkiej Brytanii.

Twoja działalność to nie tylko propagowanie historii, ale także filmy, m.in. o koszalińskim „Żbiku”. Opowiedz o najnowszej produkcji i udziale w niej instytucji państwowych.
– Do tej pory wspólnie z Arkadiuszem Paterem ze Studia Filmowego „Jart” zrealizowaliśmy sześć filmów o lokalnej historii i lokalnych żołnierzach AK, które rozeszły się po całym kraju, a nawet świecie. Teraz pracujemy nad filmem o mieszkającym w Koszalinie 94-letnim żołnierzu AK p. Edwardzie Musze ps. „Komar”, który walczył w okolicach Garwolina, a w 1945 r. zagrożony aresztowaniem uciekł na Zachód. Tam został żołnierzem armii amerykańskiej. Po powrocie do kraju przeszedł ciężkie śledztwo. Film realizujemy dzięki dofinansowaniu z Urzędu Miasta w Koszalinie oraz Związkowi Przedsiębiorców i Pracodawców. Podpisaliśmy również umowę na realizację i wydanie filmu na DVD z Ministerstwem Obrony Narodowej. Finansowanie wszystkich naszych produkcji wygląda tak, że oprócz naszych środków piszemy wnioski o dotacje do różnych podmiotów lokalnych i centralnych, instytucji państwowych i prywatnych sponsorów i tak zdobywamy środki na ich tworzenie. Jest to pracochłonne, ale dzięki temu powstają produkcje, które upamiętniają naszych lokalnych bohaterów i niosą ich historie w Polskę i świat.

Rozmawiał Tomasz Wojciechowski

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

Oglądasz teraz: Historię mam we krwi