Miasto - Tygodnik Koszaliński

Miau, kocie wąsy i spółka

 Koty poszukują nowego domu :: Fot: Magda Pater

Są ludzie, którzy mają „skazę”. Taką, która nie pozwala im przejść obojętnie wobec cierpienia, niesprawiedliwości, choroby. Nic na to poradzić nie mogą, bo mają tak organicznie.

Lidka Fałdyga ma taką „skazę” od dziecka. Kiedy widziała krzywdę, nie umiała udawać, że jej nie ma, dlatego już w dzieciństwie znosiła do domu biedne, chore i niechciane zwierzaki. – Moi rodzice wiedzieli, że jestem inna. Na takie osoby jak ja, mówi się, że są nadwrażliwe. Ja uważam, że jestem połączona jakąś tajemną nicią z naturą, przyrodą. Czuję to bardzo wyraźnie. Kiedy widzę, że zwierzę boli, boli i mnie. Kiedy zwierzę jest głodne, ja jestem głodna. Kocham wszystkie zwierzaki, ale największe serce od zawsze miałam do kotów – mówi.

24 kocie skarby
W dorosłym życiu zaczęło się od adopcji psa – amstafa, o którym marzył jej syn. Ona zobaczyła kiedyś na ulicy parę ludzi z psem. Podeszła, zaczęła z nimi rozmawiać i okazało się, że spadła im z nieba. Oni wyjeżdżali do Anglii, nie mogli psa zabrać i szukali dla niego domu. Pies przeżył u niej dwanaście szczęśliwych lat i już wtedy pojawiły się pierwsze koty. – Pamiętam ten dzień, bo wtedy był słynny mecz Polska-Rosja. Na podwórku, w śmietniku znalazłam kociaka Titusa. Od tego się zaczęło. Słyszałam jak miauczy, jak rozpacza, więc wzięłam go do domu – wspomina. – Kiedy z kolei zaczęła się moja przygoda z Facebookiem i weszłam na strony, na których apeluje się o pomoc dla zwierząt, przepadłam.

Lidka znalazła tam post o kocie, któremu rolnik odrąbał łopatą łapkę. Apelowano o znalezienie domu dla kota, wtedy fundacja podejmie się leczenia. Lidka zareagowała natychmiast. – Popatrz, to jest Sylwuś, ten piękny szary kot. Przeszedł gehennę. Kiedy stracił łapkę, tak napiął mięśnie, że wypadły mu jelita. Weterynarz musiał mu zrobić cięcie przez cały brzuch. Po leczeniu i sterylizacji przyjechał do mnie. Miał około roczku. Był bardzo chorowity, przeszedł nowotwór jamy ustnej, miał usunięte wszystkie ząbki, ale teraz jest szczęśliwym kotem, któremu udowodniłam, że nie wszyscy ludzie to potwory – mówi.

Zajmując się zwierzętami, Lidka zaczęła dużo czytać, uczyć się właściwej opieki teoretycznie – z książek i praktycznie, podczas szkoleń, współpracując jako wolontariuszka z fundacją „Marzenia Zwierzaków” Dominiki Kluski i kontaktując się z koszalińskimi weterynarzami - Agnieszką i Tomaszem Pokrzywką. – Spójrz, to jest Rysiu – pokazuje kolejnego kota. – Rysiu siedział trzy dni pod samochodem na parkingu, rozpaczał niesamowicie. Nie można było go złapać. Próbowałam, ale uciekał do środka, pod silnik. Pogoda była paskudna, wiało, lało, było zimno. Na szczęście mili sąsiedzi namierzyli właściciela samochodu, on otworzył maskę, narzucił na kota kurtkę i tak go złapaliśmy. Był bardzo chory, malutki, miał zaledwie sześć tygodni, ale wykurowałam go.

Większość z 24 kotów, które rezydują w dwupokojowym mieszkaniu Lidki, jest po ciężkich przejściach, z każdym wiąże się jakaś tragiczna historia. – Bagunię prawdopodobnie wyrzuciła matka albo zgubiła przenosząc ją. Farcika ktoś mi podrzucił do kociej budki. Był chory, miał 41 stopni gorączki, ledwo go z tego stanu wyciągnęłam. Ta kicia z kolei przyjechała do mnie z Lęborka. Była sparaliżowana od pasa w dół. Chodzi normalnie tylko dlatego, bo trafiła do doktora Pokrzywki, który w dwa tygodnie postawił ją na nogi. Jest cudotwórcą. Kicia wyglądała jak rozjechana żaba, ciągnęła tylne łapki za sobą. Pan doktor sklepił jej nóżki specjalnym klejem, pokazał mi jak mam je ćwiczyć i kiedy zaczęła normalnie biegać, to już nie można jej było zatrzymać. Calineczka trafiła do mniej od kobiety, która rozmnażała koty, bo lubiła patrzeć jak małe kociaki się bawią, ale nie interesowało jej, co dzieje z nimi później. Biegały po podwórkach, chorowały i umierały, a ona chowała je w swoim ogródku. Tam było cmentarzysko. Uratowana Calineczka miała 42 stopnie gorączki, kaliciwirozę – groźną chorobę, która zaczyna się od nadżerek na dziąsłach, języku, potem następuje proces gnilny, który idzie w cały organizm, pojawia się kulawizna. Calineczce gnił język, ale dzięki doktorowi Pokrzywce udało się ją uratować. Pozostałość po chorobie to niesamowicie szorstki języczek, bo są na nim blizny, ale kotka je i rozwija się normalnie. Mam kocura, który przyszedł do podwórkowej budki, żeby skonać. Był w stanie agonalnym. Gnił mu pyszczek, przypomniał szkielet. Nie mogę opowiedzieć, co widziałam w jego oczach, bo zacznę płakać. Był tak zmęczony i tak zrezygnowany, że chciał tylko w spokoju umrzeć. Jak spojrzałam w jego oczy to mu powiedziałam tak: „Jeśli ty zawalczysz o siebie, to ja ci pomogę”. I zawalczył. Popatrz, jakim jest pięknym kotem. Niestety, ma białaczkę, ale mam nadzieję, że jeszcze w dobrych warunkach sporo dobrego przeżyje – mówi Lidka.

Jak egzystuje się w niewielkim mieszkaniu z 24 futrzakami? Nie jest to łatwe, ale możliwe. Lidka bardzo dba o czystość. W pokojach najwięcej miejsca zajmują kocie legowiska, zabawki, drapaki. W kuchni, na korytarzu i w łazience są rozstawione kuwety. Mimo tylu mieszkańców nie ma w domu nieprzyjemnego zapachu. Lidka ma obsesję na punkcie sprzątania, cały czas biega z miotłą i ze ścierką, testuje różne żwirki i wkłady do kuwet.

Troski kociej mamy
Sąsiedzi reagują na nią różnie. Jedna z nich patrzy na nią dziwnie, bo twierdzi, że koty nie powinny mieszkać w domach. Druga, uważa ją za nawiedzoną, bo jak powtarza, to ludziom trzeba pomagać, a nie kotom, ale są też cudowni sąsiedzi, którzy przynoszą karmę dla futrzaków i jak ugotują coś wegetariańskiego, podrzucają garnuszek Lidce. A jak kocia opiekunka daje sobie radę finansowo? Z tym jest nieco gorzej. Lidka jest osobą chorą, nie może podjąć pracy, od trzech lat stara się o przyznanie renty. Jej miesięczny dochód – zasiłek z MOPS i prace społecznie użyteczne to około 740 zł. – Karma, żwirki, leczenie to sporo kosztuje. Jak jestem pytana, jak daję sobie radę, nie umiem odpowiedzieć, bo sama nie wiem. Pomaga mi wielu życzliwych ludzi. Cudowni weterynarze, którzy wiele razy leczą koty prawie za darmo. Jest jakiś anonimowy darczyńca, który zostawia u nich pieniądze na pokrycie moich rachunków za leczenie. Bardzo pomogła mi Dorota Chałat, mobilizując do założenia fundacji. Pomaga mi Katarzyna Czarkowska, organizując Kuchnię Społeczną i wielu innych dobrych ludzi – mówi Lidka.

Kiedy rozmawiamy, większość kociego bractwa śpi. Tylko maluchy biegają za piłeczką i kręcą w powietrzu piruety. – Czasami koty się tłuką, ale to tak jak w rodzeństwie. Najgorzej jest rano i wieczorem, jak im się włącza szaleństwo. Wtedy zdarzają się bójki. Jestem spokojna, traktuję ich jak przyjaciół, jak rodzinę, więc one też są na ogół spokojne. Wieczorem, kiedy kładę się spać, przychodzi pierwszy i zaczyna mruczeć, po nim przychodzą kolejne. Układają się wokół i na mnie, każdy chce być jak najbliżej. To jest bardzo miłe uczucie, ale też skaranie boskie, że jest ich aż tyle. Dlatego tak bardzo cieszę się, że będzie miejsce, gdzie będę mogła je przenieść – mówi.

Miau, kocie wąsy i spółka

Impulsem do założenia fundacji była ubiegłoroczna rezygnacja Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami z opieki nad kocimi budkami w mieście. To był impuls z jej strony, bo zdawała sobie sprawę, że nie można zostawić żyjących tam zwierząt bez opieki. Osoba prywatna nie mogła podjąć się takiej opieki i podpisać umowy, więc założyła fundację. Dzięki temu koty mają budki wyłożone słomą, która w przeciwieństwie do szmatek nie gnije, nie pleśnieje i nie lęgną się w niej bakterie. Lidka sprawdza, czy koty mieszkające w budkach nie chorują, czy mają właściwe jedzenie.

Kolejnym krokiem było zdobycie pomieszczenia – kociego azylu, bo mimo że kocha zwierzęta, tak duża ich liczba w mieszkaniu staje się uciążliwa i dla niej, i dla nich. Niebawem Lidka ma podpisać umowę z ZBM, od którego wynajmie budynek wolnostojący, sześćdziesiąt metrów kwadratowych i poddasze plus teren zielony, gdzie będzie można zrobić wybieg. – Udało się dzięki cudownej pani kierownik. Budynek jest zdewastowany, ale mam już architekta, który zrobi projekt pro bono. Muszę załatwić podłączenie ogrzewania i remont, bo budynek jest zdewastowany. Mam już plan, w którym pomieszczeniu będą koty do adopcji, gdzie będzie izolatka, gdzie sala dla kotów po sterylizacji. Wiem, że stworzę tam koci raj. Teraz apeluję do wszystkich, którym dobro zwierząt leży na sercu o pomoc w zbiórce materiałów do remontu i przy remoncie. Mam też auto – Lupo, które nazywam „kotowóz”. Będę woziła koty do weterynarza. Myślę, że w przyszłym roku, dzięki temu projektowi, życie kotów w Koszalinie stanie się lepsze – mówi.

Lidka planuje w nowym miejscu organizowanie szkoleń dla młodzieży. Chce zapraszać młodzież szkolną i tłumaczyć, jak reagować, jak zachowywać się kiedy widzimy ranne lub chore zwierzę. Nauczyć ich wrażliwości, żeby nie odwracali głowy, bo to jak traktujemy zwierzęta, świadczy o naszym człowieczeństwie. Ma nadzieję, że jeśli zaczniemy uczyć młodych ludzi, to oni z kolei zaczną uczyć swoich rodziców.

Lidka radzi także, jak pomagać bezdomnym zwierzętom. – Przede wszystkim apeluję o to, żeby nie wrzucać odpadków, resztek z obiadu, bo koty to nie świnie i nie jedzą resztek, ale wokół tych resztek mogą pojawić się szczury. Kotom lepiej kupić saszetkę z karmą za złotówkę. Nie należy wkładać szmatek do kocich budek. To jest zło. Szmaty ciągną wilgoć i butwieją. Jest smród, jest zimno, mokro i niezdrowo. Jest zgnilizna, która rozsiewa bakterie, wirusy, choroby. Lepiej zwrócić się do mnie, pomogę, dam słomę, bo to jest najlepszy materiał. Błagam, żeby nie kupować, nie zabierać kotów ze schroniska jako prezentu pod choinkę. Pies, kot to nie jest rzecz. Trzeba zdawać sobie sprawę, że niektóre zwierzęta żyją nawet dwadzieścia lat, potrzebują opieki i uczucia, chorują, brudzą, mogą niszczyć domowe sprzęty. Nie można ich adoptować, a potem wyrzucić albo oddać. Lepiej kupić dziecku interaktywną maskotkę. A tym, którzy myślą o adopcji, proponuję najpierw wolontariat albo wizytę w „Kocimiętce”. Tam można posiedzieć, pogłaskać kota, poobcować z nim i sprawdzić, czy na pewno go chcecie. A jeżeli adoptujecie zwierzę i nie chcecie albo nie możecie dłużej się nim opiekować, to też skontaktujcie się ze mną, z „Kocimiętką”. Nie wyrzucajcie zwierzaka na ulicę. My pomożemy znaleźć mu nowy dom.

Bezcenna nagroda
Lidka daje swoim podopiecznym bardzo dużo. A co one dają jej? Mówi, że przede wszystkim spokój i wyciszenie. Odprężenie od stresów i złych emocji. Wystarczy kota głaskać i człowiek zapomina o stresach. Jest jeszcze coś o czym ludzie nie wiedzą, a jest udowodnione, że mruczenia kota, jak wchodzi w odpowiednie wibracje, działa terapeutycznie na organizm ludzki. Poza tym, kot wyczuwa miejsca chore i przy tych miejscach lubi się układać i je grzać. – Nie wyobrażam sobie życia bez nich. Gdyby nie one, to chyba by mnie nie było. Popadłam w taką depresję ze względu na mój stan zdrowia, różne porażki i wszystko, co mnie dotknęło, że nawet świadomość tego, że zostawiłabym syna, nie pomagała, bo wmówiłam sobie, że jestem dla niego balastem. Byłam w takim dołku, jakiego nikomu nie życzę. Pomoc żywym istotom, które mają gorzej ode mnie sprawiła, że się podniosłam. Bo teraz nie mam czasu myśleć o sobie, a marzę tylko o tym, żeby powstał mój azyl, żeby było jak najmniej bezdomnych zwierząt i żeby ludzie reagowali na krzywdę, a nie odwracali głowy.

Jeśli chcecie pomóc kupić kotom, którymi opiekuje się Lidka, możecie kupić dla nich karmę albo wesprzeć fundację datkiem, także na remont kociego azylu.
Konto fundacji: 14160014621824676860000001.
Kontakt z Lidką: telefon 883-715-728

Magda Omilianowicz

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

Oglądasz teraz: Miau, kocie wąsy i spółka