Miasto - Tygodnik Koszaliński

Dziecko w multimedialnej pułapce

 Marta Wołoszyn :: Fot: Marcin Torbiński

Rozmowa z Martą Wołoszyn – psychologiem, prezesem Stowarzyszenia Profilaktyki i Terapii „Młodzi – Młodym”.

Coraz częściej widuje się dzieci „przyklejone” do smartfonów, tabletów czy komputerów. Jakie mogą się z tym wiązać zagrożenia?
– Największe zagrożenie polega na tym, że dzieci, które korzystają za często z różnego rodzaju technologii, zaczynają funkcjonować w takim dużym napięciu emocjonalnym, w dużym stresie, w specyficznej czujności, która angażuje różnego rodzaju procesy poznawcze. To napięcie występuje w dwóch aspektach, pierwszy z nich jest fizyczny, a drugi – psychiczny. Ten fizyczny będzie widoczny wtedy, kiedy dziecko będzie pochłonięte tą aktywnością. Z jednej strony to jest naturalna czynność, ale tutaj dochodzi element szybkości, zmieniających się obrazków, dźwięków – i to jest właśnie ta czujność wyrabiana przez specyficzne bodźce. W związku z tym ciało się napina i jest w gotowości – trochę jak sportowiec przygotowujący się do biegu – jest napięcie i moment wstrzymania, u sportowca napięcie puszcza, kiedy rzuca się do biegu, u dziecka utrzymuje się cały czas.
Ta koncentracja powoduje też wyłączenie się z tego, co się dzieje na zewnątrz. Organizm dostaje informację, że aby funkcjonował prawidłowo, musi mieć odpowiedni poziom bodźców – szybkich, mocnych, intensywnych. Jak dziecko zwalnia i tych bodźców brakuje, zaczyna się problem, bo okazuje się, że nic go nie stymuluje w taki sam sposób.
Co się dzieje? Ciągła aktywność, koncentracja, czujność, brak umiejętności odpoczywania, wyłączenia się plus bardzo silna reakcja emocjonalna, negatywna, czyli krzyk, płacz, poczucie, że zabiera się coś ważnego – dziecko czuje się wyrwane z jednego środowiska w drugie, w którym musi wykonywać inne czynności, w innym tempie – to jest ten kłopot. To jest całkowite rozchwianie. U starszych dzieci pojawia się jeszcze jeden bardzo niebezpieczny element, czyli sposób komunikacji z innymi ludźmi przez media, które zmuszają do obecności. Musi być na bieżąco w kontakcie, musi kontrolować wszystko, co się dzieje w tej przestrzeni, bo inaczej zostanie pozbawione dostępu do informacji. Tworzy się takie myślenie, obawa, że przez nieobecność zabraknie kontaktu, a to jest podstawa utrzymywania i nawiązywania (pozornych) więzi.

Jak to jest wtedy z relacjami dziecko-rodzic i rodzic-dziecko?
– W realu nie umieją dzieciaki ze sobą rozmawiać i bardzo łatwo przejść do relacji z rodzicami. Rodzice wpadają w taką pułapkę, boją się zagrożeń, które są na zewnątrz, że dzieci będą paliły papierosy, brały narkotyki i nie wiadomo co robiły… Rodzice często mówią: „A, siedzi przy komputerze, to nic złego się nie stanie”. Trochę zdejmują z siebie odpowiedzialność za organizację czasu. Myślę, że każdy rodzic ma to za sobą. Tak to funkcjonuje.

Dzieci coraz częściej same nie potrafią się bawić, mają mnóstwo zabawek, a nie potrafią z nich korzystać. Potrzebują często drugiej osoby, żeby się bawić. No i rodzic mówi: „Idź się pobaw” – „Ale to jest nudne, nie mam czym” – „No to weź sobie telefon”… I wtedy wiadomo, że dziecko z tego skorzysta. To jest ten moment, kiedy relacja zaczyna się kształtować na brak relacji, na brak czasu, który się przekłada na dokonywanie wyborów, wygodniejszych dla rodzica.

Jak to rzutuje na przyszłość, skoro ten kontakt nie został nawiązany?
– Po pierwsze, kiedy rodzic zauważy, że tego jest za dużo, będzie próbował dziecko od komputera czy telefonu odciągnąć, a to wywoła sprzeciw. Rodzic w naturalny sposób stanie się wrogiem. Tym bardziej że często odseparowujemy dzieci od elektroniki nie po to, żeby się z nimi bawić, ale żeby wykonały jakieś nasze polecenia. Wtedy kontakt rodzica z dzieckiem staje się dla tego ostatniego doświadczeniem negatywnym. Rodzic natomiast zauważa, że musi z dzieckiem walczyć. I autorytet zderza się ze ścianą pt. „Dziecko mnie nie słucha”. Dzieci, które żyją w świecie multimediów, wszystko obiecają, by rodzic tylko dał im spokój. Na początku to jest „jeszcze 5 minut”, „tylko dokończę grę”. Rodzice to bagatelizują – „ok, no co tam 5 minut”, ale potem przychodzą nerwy. To się zawsze kończy kłótnią.

Jak dziecko może mądrze korzystać z urządzeń multimedialnych? Jak to dawkować?
– Jak mówię rodzicom, co zrobić, to mówię tak: wprowadzić multimedia jak najpóźniej. Jak najdłużej przeciągnąć ten moment, kiedy dziecko z nich nie korzysta. Niestety, w kolejce u lekarza, w samochodzie, żeby się dziecko nie nudziło – dorośli udostępniają ekraniki w obawie, że będzie marudzić. A ja pytam: co z tego, że pomarudzi? Kiedyś tej atrakcji nie było i się dało żyć... Mam wrażenie, że często rodzice nie wierzą, że to tak szybko wciąga. Sami nie mają takich doświadczeń albo nie identyfikują się z tymi zachowaniami. Tymczasem przecież dorośli też grają w gierki, w których trzeba być aktywnym, bo jak się nie jest, to tracą życie albo mają inne przeszkody. Prawda jest taka, że rodzice coraz częściej czują się zmęczeni i chcą mieć święty spokój. To jest też w pewnym sensie forma uniknięcia zajmowania się dzieckiem.

Czy może stać się tak, że dziecko straci potrzebę nawiązywania kontaktu z rodzicami?
– Oczywiście, bo zaspokaja ją gdzie indziej. Poza tym rodzic funkcjonuje w innym świecie. Widać to szczególnie, kiedy dziecko zmienia się w nastolatka. Dziecko nauczyło się inaczej zaspokajać swoją potrzebę kontaktu, np. przez multimedia. Tam ma „przyjaciół”, „chłopaka w internecie” – to kolejny etap i znów duża sfera zagrożeń, czyli nawiązywanie więzi przez internet. Jeśli nie mam tego z rodzicem, rodzic mnie nie rozumie, bo ciągle się tylko czepia i nie pozwala siedzieć tam, gdzie jest przyjemnie, to ja się jeszcze bardziej odsuwam. To ryzyko dla rodziców, o którym powinni pamiętać od najmłodszych lat i przyzwyczajać dziecko do tego, że się rozmawia. Rodzic powinien nauczyć się czujności na dziecko. Czy mam na wszystko się zgadzać i ciągle być obecna? – tak, być ciągle obecna, ale nie na wszystko się zgadzać.

Rodzice często nie wiedzą, jak ograniczyć korzystanie z multimediów. To nie jest trudne. Dziecko mi mówi: „jeszcze 5 minut”, a ja mam jedną moc – palec. To, co mogę zrobić jako rodzic, to ten wyłącznik nacisnąć. Proste kroki: wstaję, wyciągam palec, naciskam – nie ma innego sposobu. Żeby do takiej sytuacji nie doszło, można się wcześniej z dzieckiem umówić – wyłączasz, jak powiem, że trzeba. To warto zrobić, niezależnie od wieku.

Dziecko w wieku przedszkolnym nie potrzebuje spędzać czasu przy multimediach. To nie jest coś, co je rozwija, jest mu potrzebne. Będzie się lepiej rozwijać dzięki książeczkom, rozmowom z rodzicem, wyjściu na świeże powietrze, patrzeniu na to, co się dzieje w przyrodzie.

Czy to właśnie z powodu nadmiernego korzystania z multimediów dzieci mogą mieć problemy z koncentracją, nauką czy nawet zrozumieniem prostych poleceń nauczyciela?
– Dokładnie tak, bo praca w szkole opiera się na systematyczności, spokoju i powtarzalności. Dzieci chcą szybkich efektów, a tu trzeba uruchomić dużo procesów poznawczych. A w mediach jest tak, że naciskam jeden przycisk i mam rozwiązanie. W rzeczywistości zadania nie są rozwiązywane tak prosto, pojawia się więc frustracja. Trzeba rozwiązać jakiś problem, ale ja nie mam czasu się na tym skupić, bo czeka na mnie tablet, telefon – jakiś bodziec, który mnie podkręci, a na przyjemność nie chcę czekać. Dzieci nie chcą wykonywać różnych czynności, bo one są nudne.

Dzieciaki mówią tak: „O 10 muszę iść do toalety”, a ja mówię: „Tak? A czemu o 10? Tak wyregulowałeś sobie cykl?” – „Nie, bo o 10 będzie możliwość zdobycia superpucharu”. Jak on nie kliknie tego superpucharu, to już nie będzie innej możliwości...
Żeby w tej grze osiągnąć pewien poziom, to ja muszę mieć różne superpuchary. Muszę. To nie jest tak, że ja mogę. Ja to muszę mieć. Od tego zależy moje życie. „Co się stanie, jak tego nie zdobędziesz?” – „Ale jak to, nie zdobędę? Nie ma takiej możliwości”.

Więc jak dzieci się mogą wyciszyć?
– Muszą przejść detoks od urządzeń, czyli odstawienie. Klasycznie. My jeździmy na obozy co roku, gdzie mogą jechać same dzieci albo dzieci z rodzicami. Na naszych obozach istnieje zasada, że nie mamy telefonu przy sobie – ani dzieci, ani rodzice. Dzieci dostają na godzinę telefon w ciągu dnia, wychowawca określa, kiedy to jest ta godzina. Oczywiście, nam nie wierzą. My robimy zawsze spotkania przedobozowe. Wychowawca mówi, że nie będzie telefonów i... później jest szok: „Ale co, wy tak na serio mówiliście o tym, że tych telefonów nie będzie?”. To jest też główny problem rodziców. Bo rodzice sobie pogadają, że zabiorą, a później nie są konsekwentni. Dzieciaki cudownie kombinują – mają dwa telefony albo trzy, albo powerbanki, które wyglądają jak telefon. Próbują sprawdzać, gdzie jest granica i jeśli się im pozwoli, to one wykorzystają tę sytuację.

Zdarza się, że dzieci mają fizyczne objawy odstawienia, czyli są pobudzone, podenerwowane, nie są w stanie słuchać tego, co się do nich mówi. Mają po prostu poczucie straty czegoś, co jest bardzo ważne i muszą upłynąć dwa-trzy dni, żeby fizyczne objawy odstawienia się uspokoiły, czyli żeby dziecko zaczęło oddychać i myśleć prawidłowo.

W jakim wieku było najmłodsze dziecko na obozie?
– Najmłodsza to była 3-latka, nawet 2,5-latka, ale z tym nie było kłopotów. Takie najmłodsze dziecko, u którego zaobserwowaliśmy objawy odstawienia, to był 8-latek z bardzo silną reakcją na odstawienie. Z krzykiem, z wyzywaniem nas, z mówieniem, że jesteśmy głupi, że my jesteśmy kapo. To się często zdarza. To jest taka normalna złość, która mija. Na nasz obóz może zapisać się każdy, mamy różne cele. Nie ma tzw. czasu wolnego, a jak jest, to jest zorganizowany, żeby to było bezpieczne. Dzieciaki mogą zobaczyć, że można też inaczej funkcjonować.

I co potem, gdy dziecko wraca z obozu? Jak sobie radzić?
– To „potem” zależy od rodzica. Są tacy, którzy utrzymują zasady z obozu i dziecko ma ograniczony dostęp do multimediów. Są też dzieciaki, które trafiają do nas na różnego rodzaju zajęcia, i rodzice też trafiają na zajęcia. Bywa, że nasza współpraca nie kończy się na obozie. I są rodzice, którzy wracają do nas i widać, że te zasady jakoś udało im się wprowadzić, a są dzieciaki, które znikają z naszego pola widzenia. Czasem wiemy, że wracają do swoich starych przyzwyczajeń…

Jak wyciszyć się na co dzień?
– Generalnie chodzi o to, żeby zacząć oddychać inaczej. Bieganie, skakanie, krzyczenie, jazda na rowerze, pójście na spacer… Różne rzeczy związane z ruchem, bo one spowodują aktywność i naturalne wyciszenie. Samo skoncentrowanie się na oddechu też pomaga. Różne metody relaksacyjne, czyli można słuchać muzyki, wykonywać łagodne ćwiczenia, można iść na basen, potańczyć albo spotkać się z kimś. Tak jak u nas spotykają się dzieci. Gdy przychodzą, to wtedy razem śmieją się, grają w piłkarzyki, rozmawiają o tym, co jest dla nich ważne na żywo, nie przez telefon. Obserwowanie zwierząt, przyrody jest też naturalną formą wyciszenia się. To jest takie banalne. Jak pada deszcz, to można popatrzeć, jak pada. Albo popatrzeć, jak się bawią ze sobą zwierzęta. To bardzo dobrze wpływa na uspokojenie naszego układu nerwowego.

Rozmawiała Alicja Tułnowska

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

Oglądasz teraz: Dziecko w multimedialnej pułapce