Miasto - Tygodnik Koszaliński

Nowocześnie i… z humorem

 Kamil Radzimowski i Krzesimir Dębski :: Fot: Magda Pater

Tym razem do Filharmonii Koszalińskiej zawitał Krzesimir Dębski – jeden z najsłynniejszych współczesnych polskich kompozytorów filmowych. Towarzyszył mu Kamil Radzimowski, który zabrał słuchaczy w muzyczną podróż po kulturze orientu, grając na duduku.

Panowie stworzyli duet idealny. Nie tylko w kwestiach muzycznych, sposobie porozumiewania się na scenie, ale także w zakresie konferansjerki, gdyż należy podkreślić, że obaj z wielkim zacięciem humorystycznym poprowadzili piątkowy koncert karnawałowy.
Dodatkowo, nie zabrakło także zmiany garderoby ze strony Dębskiego. Tak oto, podczas pierwszej części kompozytor pojawił się w klasycznym stroju, aby po przerwie zaprezentować się w błyszczącej marynarce i… butach. Z kolei Radzimowski pozostał wierny charakterystycznemu stroju w stylu orientalnym podczas całego występu.

W trakcie koncertu Dębski pełnił rolę zarówno dyrygenta, jak i... skrzypka. Pierwszym utworem z jego repertuaru był „Polonez D Major”. To utwór skomponowany na 100-lecie niepodległości Polski. Nowoczesny, o ciekawej harmonii. Dębski ukazuje tu zupełnie inne spojrzenie na formę, która wielu (poza charakterystycznym rytmem), kojarzy się z melodyjnością, a za typowy przykład podaje się tu zazwyczaj obowiązkowy na studniówce polonez Wojciecha Kilara z filmu „Pan Tadeusz”. Tu jednak można było mile się zaskoczyć, gdyż kompozytor zdecydowanie zerwał z „tradycyjnym podejściem”. Pojawiła się tu odrobina melancholii czy napięcie oraz ciekawe wstawki perkusyjne. Można było poczuć, jakby polonez Dębskiego opowiadał pełną zawirowań emocjonalną historię. Co ciekawe, już podczas poloneza postawą sceniczną dyrygent jasno określił swoje stanowisko – to muzyka, to orkiestra są tu najważniejsze, a on zrobi wszystko, aby jak najlepiej przybliżyć ją słuchaczom.

Wkrótce na scenie pojawił się Kamil Radzimowski, by opowiedzieć o tajemniczym instrumencie, który towarzyszył mu już do końca wieczoru. Okazuje się, że duduk to tradycyjny instrument z Armenii, który istniał już 2,5-3 tys. lat temu. Po raz pierwszy tego wieczoru publiczność miała okazję zaznajomić się z jego brzmieniem w utworze „Wszechświat”, skomponowanym przez Radzimowskiego. Muzykowi na scenie towarzyszył cały czas Krzesimir Dębski w roli dyrygenta. Należy wspomnieć, że solista wspomagał się dodatkowym nagłośnieniem, przez co brzmienie instrumentu wybijało się (niekiedy nawet za bardzo) ponad orkiestrę. Orientalnej muzyce towarzyszyły fotografie różnych miejsc na świecie m.in. z Gruzji.
Kolejną muzyczną propozycją była „Sarabanda miłości” – znany utwór Dębskiego z filmu „Bitwa warszawska 1920”. To nostalgiczna kompozycja o bardziej „klasycznym” brzmieniu, niż zaprezentowany wcześniej polonez. Dyrygent podczas wieczoru odwołał się także do repertuaru innych kompozytorów. Tak oto wkrótce zabrzmiał oscarowy utwór „Hi Li Hi Lo” Bronisława Kampera, melodyjna kompozycja o nieco żartobliwym charakterze.

Następnie Radzimowski zaznajomił publiczność z kompozycją „Ali”, która nawiązuje do Jordanii, czasów starożytnych i… praw muzyki, o czym poinformował publiczność jako jej autor. Także w pozostałych utworach muzyk nawiązywał do klimatów orientalnych, a elementem każdej z nich była koncentracja na charakterystycznej melodii bogatej w melizmaty. Inne zaprezentowane przez muzyka kompozycje to: „Narodziny życia”, „Tancerka”, „Stwórca świata” i „Słońce”.
Po raz pierwszy Dębski zagrał na skrzypcach w piątkowy wieczór podczas utworu „Golden Eye” z filmu o Jamesie Bondzie o tym samym tytule. Była to ciekawa wariacja nawiązująca do jazzu. Niestety, na początku dość słabo słyszalna. Kompozytor zaprezentował różnorodne rozwiązania w zakresie melodii, także rytmu czy techniki gry. Był bardzo skupiony. Co więcej, przemycił tu także odrobinę dowcipu, w pewnym momencie posługując się własnym głosem, przypominającym jakby mowę Dartha Vadera.

Podczas koncertu można było także usłyszeć interesującą aranżację „Love me tender” Elvisa Presleya. Tym razem kompozytorowi grającemu na skrzypcach towarzyszył Radzimowski ze swoim dudukiem. Po raz kolejny Dębski nawiązał do jazzu, pojawiły się również m.in. okrzyki, stylizacja w klimacie muzyki z Dzikiego Zachodu, czy... przerwa. Było to wykonanie pełne ekspresji, a w dodatku bardzo nietypowe i kreatywne. Co więcej, dyrygent pokusił się nawet o krótki dialog z orkiestrą podczas zapowiadania następnego utworu -„Tańca huculskiego”. Bardzo nastrojowa, momentami nieco żartobliwa kompozycja o tanecznym charakterze (co było widać zwłaszcza po kompozytorze) z przyjemnym solo skrzypcowym, które w dużej mierze opierało się na pochodach dwudźwięków. To ciekawy przykład nowoczesnej stylizacji folklorystycznej.

Ostatnim utworem autorstwa muzyka podczas wieczoru był „Trojak”. Kompozytor wykorzystał tu wiele nietypowych środków artystycznych. Poza klasycznymi okrzykami, klaskaniem czy uderzaniem smyczkami o pulpit, ponownie zaprezentował głos Dartha Vadera oraz dialog z orkiestrą czy choćby z publicznością na zasadzie imitacji. Było m.in. miauczenie, gwizdanie, granie na policzkach. Nie zabrakło przy tym sporo śmiechu, głównie naturalnego, bo trudno było zachować tu powagę i z pewnością każdy choć raz pękł… przed mistrzem improwizacji.

Występ Krzesimira Dębskiego to zjawisko totalne, gdzie wszystkie elementy, nawet te z pozoru niepasujące zwykle do tradycji kultury wysokiej, tworzą spójną całość. Warto tu rozwinąć myśl dotyczącą talentu krasomówczego kompozytora. Podczas występu „zdradził” on pewną tajemnicę powstawania największych hitów, nie tylko tych radiowych, ale także ekranowych. Okazał przy tym sporo dystansu do siebie, ukazując jako przykłady tych „mało ambitnych” własne utwory, które znane są wszystkim Polakom.
Dębski, który niewątpliwie nie tylko zachwycił, ale i rozbawił publiczność, na koniec zaprezentował tajemną sztukę dyrygowania… kwiatami, czego nie można mu mieć za złe, zwłaszcza przy charakterze jego występu i poznawszy już jego wyjątkowe poczucie estetyki… i humoru.

Alicja Tułnowska

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

Oglądasz teraz: Nowocześnie i… z humorem