Miasto - Tygodnik Koszaliński

Duży zawsze może więcej

 Sąsiedzi - osiedle Przylesie i Na Skarpie :: Fot: Magda Pater

Choć członkowie zarządów i rad nadzorczych dwóch największych koszalińskich spółdzielni mieszkaniowych znają się i spotykają przy okazji imprez oraz wydarzeń gospodarczych, teraz postanowili spotkać się w jednej, konkretnej sprawie.

13 lutego odbyło się spotkanie, w którym wzięli udział członkowie zarządu KSM „Przylesie” z prezesem Kazimierzem Okińczycem na czele oraz zarządu KSM „Na Skarpie” z prezesem Leszkiem Ślipkiem. Uczestniczyli członkowie obu rad nadzorczych z przewodniczącymi: Elżbietą Sułek („Przylesie”) i Andrzejem Konopką („Na Skarpie”). Zebrani poświęcili je nawiązaniu ściślejszej współpracy i stworzeniu silnego lobby spółdzielczego w Koszalinie. Taka współpraca międzyspółdzielniana już miała miejsce, kiedy w KSM „Na Skarpie” nie było Rady Nadzorczej, a wszystkie wymagane procedury trzeba było prowadzić. To RN i zarząd KSM „Przylesie” pomagał rozwiązać problemy, sięgając do swoich doświadczeń i znajomości prawa.

To spotkanie zainicjowali Leszek Ślipek i Bożena Bogacka, zastępca prezesa KSM „Na Skarpie”. – Mamy te same lub bardzo podobne problemy – uzasadniał Leszek Ślipek. – Chcemy pokazać, że wszystko, co robimy, robimy dla mieszkańców, i to nie tylko naszych spółdzielni, ale i miasta. Bożena Bogacka dodała, że przecież w Koszalinie spółdzielczość coś znaczy. – Wystarczy spojrzeć na liczbę naszych mieszkańców i mieszkań – stwierdziła.
Podobnie mówił Kazimierz Okińczyc: – Spółdzielczość mieszkaniowa to ogromne zasoby mieszkaniowe, to ogromna liczba mieszkańców. Mieszkańców miasta, nie tylko spółdzielni. I trzeba zacząć o to walczyć. Nasza jedność może sprawić, że oddziaływanie na decyzje władz miejskich będzie skuteczniejsze. A my mamy jeszcze ogromne problemy, których nie ma miasto. Prawo jest niespójne, panuje chaos i to nam wiele spraw utrudnia, także na linii spółdzielnia-mieszkaniec. Nas nikt nie wspiera, by to unormować. Jednak spółdzielczości mieszkaniowej się nie uwzględnia jako pewnego potencjału. Np. program „Mieszkanie+” był nie do udźwignięcia przez gminy. My zaś mamy w takim budownictwie doświadczenie, ale nie wzięto nas w ogóle pod uwagę. I przecież to my nieprzerwanie dostarczamy miastu mieszkań.

Leszek Ślipek zrelacjonował niedawne spotkanie w ratuszu dotyczące działalności kulturalno-społecznej spółdzielni w mieście. – A za kilka dni czytam, że prezydent miasta uruchamia program rewitalizacji podwórek i nie ma w nim nas, tylko obszary miejskie – dodał z goryczą. – Przecież też jesteśmy częścią miasta.
Andrzej Konopka zaś stwierdził, iż miasto po prostu przywykło, że na terenach spółdzielni jest zawsze wszystko zrobione, że jest czysto. A to jest wyłącznie spółdzielców zasługa, nie miasta. Powinniśmy się domagać równego traktowania w tej mierze. Spółdzielcze osiedla ze swoją zadbaną substancją wyróżniają się w mieście. Jest teraz nagonka w całej Polsce – że spółdzielnie mieszkaniowe to relikt PRL, że moloch. Ale przecież teraz wybór, gdzie się mieszka jest wolny. Jednak spółdzielnie wciąż mają dużo chętnych do zamieszkania w ich zasobach. A jak budują spółdzielnie? – Budujemy dobrze, bo budujemy dla siebie, a nie jak deweloperzy dla nieokreślonych użytkowników – odpowiedział Bartosz Mejer, zastępca prezesa KSM „Na Skarpie”. – I dlatego coraz częściej ludzie skłaniają się do zakupu mieszkania w spółdzielni. – Nasze nowe budynki to dobra średnia półka – dodała Bożena Bogacka. – Budujemy solidnie, bo potem tym zarządzamy, liczymy koszty eksploatacji. A te są mniejsze przy lepszych materiałach użytych do budowy.

Tu wyłonił się temat zarządzania zasobami. W tej mierze także prawo nie nadąża za życiem lub sytuacje komplikuje. – Zarządzamy także tymi mieszkaniami, mieszącymi się w budynku wielorodzinnym, które są odrębnymi własnościami – wyjaśniał Kazimierz Okińczyc. – One nie są już majątkiem spółdzielni i ich właściciele powinni nam za to płacić. Prawo tego nie reguluje. Wspólnot mieszkaniowych powstało mniej, niż na początku się zanosiło. A są takie, które wróciły pod nasze skrzydła. Bo duży zawsze może więcej. Niewielkie wspólnoty zaczynają to rozumieć. Zaś Bartosz Meyer dodał, że niektóre chętnie by się rozwiązały i wróciły pod skrzydła spółdzielni. Rozmawiano także o czasem trudnych relacjach na linii zarząd a mieszkaniec. – Gąszcz przepisów czasem utrudnia prace i plany – nie kryła Bożena Bogacka. – Dlatego chciałoby się czasem jakiś problem przedyskutować, posłuchać, jak inni sobie z tym radzą, jak im pewne rozwiązania wyszły, a dlaczego nie wyszły. Mieszkańcy często tego nie rozumieją, że my musimy się bezwzględnie trzymać przepisów, bo z nich jesteśmy rozliczani. My jesteśmy otwarci, a mieszkańcy odpowiadają nieraz agresją.

Elżbieta Sułek dodała, że społeczeństwo generalnie robi się coraz bardziej roszczeniowe. Uważa, że płaci i koniec, ma być, jak ono chce. Zaś Kazimierz Okińczyc wyjaśniał to, co zarządom jest wiadome, a mieszkańcy jakby nie chcą o tym pamiętać: – Za majątek spółdzielni odpowiadają swoim majątkiem zarząd i rada nadzorcza. Dlatego musimy się trzymać prawa, a mieszkańcy czasem oczekują albo nawet wymagają zaspokojenia tylko ich roszczeń. Marzanna Nowak, sekretarz rady nadzorczej KSM „Na Skarpie” ma taki pomysł: – Myślę, że nasi prezesi powinni częściej występować np. w telewizji z pozytywnymi wieściami, a nie tylko w odpowiedzi na interwencje, żeby pokazywali prace zarządów, bo mieszkańcy często nie wiedzą, co te zarządy właściwie robią.

Zebrani mówili też o stosunku mieszkańców do miejsca, w którym żyją, braku związku z nim i poczucia wspólnoty, jakby wspólnej odpowiedzialności za to miejsce.
Dlatego Leszek Ślipek zapowiedział: – Będziemy starać się integrować społeczności naszych spółdzielni. Może zorganizujemy jakąś wspólną imprezę... Co prawda i tak imprezy klubowe są otwarte i odwiedzane zarówno przez mieszkańców sąsiednich osiedli, jak i tych z miasta. Rozmawiano o organizacji życia miasta i uwagach podnoszonych przez mieszkańców, jak brak parkingów w centrum, że centrum Koszalina jest wieczorami puste i lokale tam działające walczą z brakiem rentowności. W centrum zostały tylko apteki, banki i lombardy. Społeczeństwo się starzeje, na to trzeba zwracać coraz większą uwagę.

Podsumowaniem tego pierwszego spotkania niech będzie to, co powiedział Andrzej Konopka: – Nie wszystko możemy zrobić po myśli mieszkańców, bo ograniczają nas przepisy. Wspólny front, wzajemne popieranie się pomogłoby przełamać te bariery, zmienić stosunek do spółdzielczości mieszkaniowej. Nasze spółdzielnie dzieli jedna ulica – Władysława IV. Nigdy na tej „miedzy” nie było zatargów.

Dana Jurszewicz

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

Oglądasz teraz: Duży zawsze może więcej