Miasto - Tygodnik Koszaliński

W oczekiwaniu na powrót

 Witamy w Chile :: Fot: Aleksandra Barcikowska

Gdyby Polacy zobaczyli, w jakim tempie zniknął papier toaletowy z półek chilijskich marketów, to przestaliby pewnie tak ochoczo śmiać się z siebie nawzajem. Ostatnie dni pokazały nam wszystkim, że dla koronawirusa nie ma odległości nie do pokonania. Kiedy wylatywałam z Polski 4 marca, w Chile, tak jak w wielu krajach Ameryki Południowej, nie było nawet jednego zdiagnozowanego przypadku COVID-19. Trzynaście dni później sytuacja diametralnie się zmieniła.

Swoją, planowaną od wielu miesięcy podróż do Chile uzależniałam od decyzji władz tego najdłuższego kraju na świecie, dotyczących wpuszczania obcokrajowców oraz od działań linii lotniczych British Airways. Okazało się, że przeciwwskazań z żadnej ze stron nie ma i mogłyśmy wraz z siostrą udać się na wymarzony urlop.

Pierwsza rzecz, która nas zaskoczyła, to pustki na lotnisku Okęcie. Odprawa oraz rutynowa kontrola bagażu odbyły się błyskawicznie, bo ludzi przy każdym ze stanowisk była garstka. Jednocześnie nie widać było żadnych oznak paniki. Pasażerowie siedzieli obok siebie, rozmawiali i nie mieli maseczek ochronnych. W Londynie, gdzie miałyśmy przesiadkę, wdrożone zostały pierwsze działania profilaktyczne – w toaletach ogólnodostępne były żele antybakteryjne.
Jednocześnie lotnisko, choć nie świeciło pustkami, nie było też tak zatłoczone jak zwykle. Częściej w oczy rzucali się też ludzie w maseczkach ochronnych albo z chustami/apaszkami zasłaniającymi twarz. Nic nie wskazywało jednak na to, by podróżujący masowo rezygnowali z wycieczek do Chile, bo prawie wszystkie miejsca w samolocie były zajęte. Obsługa pokładowa nie nosiła maseczek i nie wymagała tego samego od pasażerów.

Po przylocie do Santiago – stolicy kraju, na lotnisku poproszono nas o wypełnienie specjalnego kwestionariusza, w którym miałyśmy napisać, ile dni spędzimy na miejscu, podać adresy hoteli/hosteli/mieszkań prywatnych, w których się zatrzymamy oraz wymienić choroby albo objawy chorobowe, których doświadczyłyśmy w ciągu ostatnich 30 dni. Potem czekało nas mierzenie temperatury oraz krótki instruktaż dotyczący objawów wirusa i miejsc, w których możemy szukać pomocy medycznej. Wszystkie informacje otrzymałyśmy też na piśmie (po angielsku). Nic jednak nie wskazywało na to, że kraj kilkanaście dni później będzie sparaliżowany obawą przed rozprzestrzeniającym się COVID-19.

Witamy w Chile
Chile na początku marca tętniło życiem. Na ulicach mnóstwo ludzi. Sklepy, bary i restauracje otwarte od rana do późnych godzin nocnych, z przerwą na popołudniową sjestę. Wokół sporo turystów, choć raczej próżno szukać wśród nich obywateli Japonii, Chin czy Korei Południowej. Choć dla południowoamerykańskiej gospodarki to z pewnością duży cios, bo obywatele Azji podróżują dużo i raczej nie należą do przesadnie oszczędnych, to dla nas ich nieobecność oznaczała mniejsze kolejki i brak tłumów w miejscach szczególnie popularnych wśród podróżników.

Podczas gdy w Polsce i innych europejskich krajach wprowadzano kolejne ograniczenia związane z koronawirusem, my bez żadnych problemów przemieszczałyśmy się po Chile autobusami, autokarami, samochodami i samolotami. Odwiedzałyśmy parki i rezerwaty przyrody, jeździłyśmy kolejką górską, spacerowałyśmy po pustyni i podziwiałyśmy gejzery. Na wyprawy można było wybierać się indywidualnie bądź w grupie, bo biura i agencje organizujące wycieczki prześcigały się w ofertach dla poszukiwaczy przygód i elektryzujących kadrów. My odhaczałyśmy kolejne miejsca na naszej liście, które chciałyśmy zobaczyć i dodawałyśmy do niej kolejne. Słowa „koronawirus” właściwie nie słyszałyśmy, bo wydawało się, że Chilijczyków ten problem nie dotyka. Czasem tylko w oczy rzucał się przechodzień kichający w zgięty łokieć.

Zwiastun zmian
Wszystko zaczęło się zmieniać 15 marca. Tego dnia na ekranach telewizorów w restauracjach, kawiarniach i innych miejscach publicznych pojawił się prezydent kraju, który ogłosił, że z powodu koronawirusa przez 15 dni zamknięte będą przedszkola, szkoły i uniwersytety. Zaapelował też o spokój. No cóż, na tym polu poniósł klęskę.
W ciągu kilku godzin na sklepowych półkach zaczęło brakować papieru toaletowego, serów, jajek i mięsa oraz mydeł i żeli antybakteryjnych, a kolejki do kas ciągnęły się przez całą długość marketów. Towaru brakowało również w aptekach, a ceny maseczek ochronnych wzrosły kilkukrotnie, aż w końcu okazało się, że w całym kraju nie została ani jedna sztuka.

W ciągu kolejnych dwóch dni rząd Chile podjął decyzję o zamknięciu granic m.in. z Argentyną i Boliwią. 18 marca miałyśmy lecieć na Wyspę Wielkanocną, ale znajdujące się tam lotnisko również zostało zamknięte, a nasz lot odwołany. Znajoma Chilijka pracująca w hotelu w pustynnym miasteczku San Pedro de Atacama opowiadała nam, że w ciągu jednego dnia to wypełnione przybyszami z całego świata miejsce zupełnie opustoszało. Zamknięte zostały wszystkie biura podróży, restauracje i bary oraz hostele i większość hoteli. To dla tamtejszych mieszkańców klęska, bo utrzymują się jedynie z turystyki.

Kuszenie cenami i kolejne restrykcje
Największe parki narodowe i rezerwaty oraz wszystkie atrakcje turystyczne z dnia na dzień także wyłączone zostały z użytku, a serwisy umożliwiające zarezerwowane wycieczki lub kupno biletu wstępu przepraszały za niedogodności i oferowały zwrot pieniędzy. Jedyny plus tej trudnej sytuacji to nawet o połowę niższe ceny dla turystów wynajmujących mieszkania. Ponieważ wielu z nich zdecydowało się wcześniej wrócić do swoich krajów i odwołać rezerwację, właściciele apartamentów w Santiago kusili tych, którzy zostali bardzo atrakcyjnymi cenami, np. 40 zł za dobę za wyposażoną kawalerkę z kuchnią i łazienką w centrum.

Również gastronomie zmieniły swoją politykę sprzedażową, bo jedzenie można było zamówić jedynie na wynos. Nic zatem dziwnego, że ręce pełne roboty mieli pracownicy firm dostarczających posiłki do domów. To właśnie ich – na rowerach lub skuterach można było najczęściej zauważyć na ulicach. W większości lokali przy ladzie były też wystawione ogólnodostępne pojemniki z żelami antybakteryjnymi.

Sytuacja w Chile zmienia się z dnia na dzień. Władze wprowadzają kolejne restrykcje. Pozamykane są nie tylko placówki edukacyjne, ale także urzędy, banki i centra handlowe. Wciąż za to kwitnie handel uliczny – w dużej mierze nielegalny. Żeby zrobić zakupy w supermarkecie trzeba ustawić się w kolejce na ulicy. Przy drzwiach do sklepu stoi ochroniarz, który pojedynczo wpuszcza klientów do środka – jedna osoba wychodzi, jedna wchodzi. Na szybie wywieszona jest kartka z listą produktów, których nie można kupić w liczbie przekraczającej pięć sztuk. Wśród nich są: mydła i żele antybakteryjne, papier toaletowy, makaron i woda mineralna. W małych, zazwyczaj rodzinnych sklepach takich obostrzeń nie ma, ale i towaru jest zdecydowanie mniej.

Nastroje ludności
Chilijczycy wzięli sobie do serca rady dotyczące izolacji, bo wychodzą z domów tylko wtedy, kiedy muszą. Wielu z nich w maseczkach i gumowych rękawiczkach. Prezydent zdecydował też o wprowadzeniu godziny policyjnej. W praktyce oznacza to, że nie można opuszczać miejsca zamieszkania od godz. 22 do 5 rano. Jak w takiej sytuacji znaleźć powód do uśmiechu? Mieszkańcy Santiago wieczorami wychodzą na balkony i grają, puszczają muzykę oraz śpiewają. Wspólny koncert trwa około dziesięciu minut i powtarza się codziennie.

Korzystamy z tych krótkich chwil spontanicznej radości, bo nas zasady dotyczące izolacji też obowiązują. Zresztą trudno podróżować po kraju, który w tej chwili nie ma turystom nic do zaoferowania, bo musi poradzić sobie z rozprzestrzeniającym się wirusem. Musimy więc czekać na samolot do Polski. Na szczęście nasz lot jest cały czas w systemie. Oznacza to, że przewoźnik go nie odwołał, a to ogromna ulga.

Na wszelki wypadek zapisałyśmy się też do rządowego programu #Lotdodomu i na bieżąco śledzimy uruchamiane połączenia do kraju. Jest ich dużo, ale na liście destynacji, do których w najbliższym czasie wysyłane będą czartery, na razie nie ma Chile. Czy żałujemy, że zdecydowałyśmy się podróżować w czasach pandemii? Nie, bo nie wiemy, jak świat będzie wyglądał za tydzień, miesiąc czy rok. Czy podróżowanie będzie możliwe? W jakiej formie? Czy wszystkie kraje będą przyjmować turystów? Wiele znaków zapytania, a mało odpowiedzi. Teraz czeka nas kwarantanna, podczas której wspominać będziemy fantastyczne dni spędzone w Chile.

Aleksandra Barcikowska

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

Oglądasz teraz: W oczekiwaniu na powrót