Miasto - Tygodnik Koszaliński

To są po prostu nasze dzieci

 Rodzinalia :: Fot: Archiwum PCPR

Wychowanie dzieci nie jest łatwe. To trudna, bardzo odpowiedzialna praca. Jednak są osoby, które nie boją się jej i biorą pod swój dach obce dzieci. Mimo że są rodziną zastępczą, to ich miłość i troska wobec podopiecznych są naturalne.

W powiecie koszalińskim mamy obecnie 78 rodzin zastępczych, w tym pięć rodzinnych domów dziecka. We wszystkich tych rodzinach przebywa łącznie 138 dzieci. Chociaż rodzin zastępczych nie brakuje, to jednak Powiatowe Centrum Pomocy Rodzinie, organizator pieczy zastępczej w naszym regionie, wciąż prosi o zgłaszanie się tych, którzy chcieliby dać dzieciom prawdziwy dom. – Marzy mi się sytuacja, w której dopasowujemy rodzinę zastępczą do danego dziecka, bo przecież każde dziecko jest inne, po innych przejściach – wyjaśnia Mirosława Zielony, dyrektor PCPR w Koszalinie. – Rodzinę zastępczą może stworzyć rodzina, która ma dzieci biologiczne, ale także osoba samotna. Ważne jest to, aby kandydat miał dużo empatii i… normalny, zwykły dom.
Oczywiście, koniecznym jest spełnienie wielu warunków takich jak pełnoletniość, odpowiedni stan zdrowia, niekaralność. Kandydat na rodzica zastępczego musi przejść także badanie psychologiczne, które sprawdzi, czy ma właściwe predyspozycje i motywację do pełnienia funkcji rodziny zastępczej lub prowadzenia rodzinnego domu dziecka. Jeśli ma być to rodzina niezawodowa, to przynajmniej jedna osoba musi mieć stałe źródło dochodu. Rodzina zawodowa dostaje pieniądze na utrzymanie dzieci. Tym bardziej ważne jest sprawdzenie przesłanek, jakie decydują o tym, że ktoś chce stworzyć rodzinę dla obcych dzieci.

Rodzic biologiczny lepszy, chociaż krzywdzi
Kandydat na rodzica zastępczego czy rodzinę zastępczą przechodzi też szkolenia, które mają go przygotować do nowej roli. Częścią szkolenia jest staż w rodzinie zastępczej zawodowej lub rodzinnym domu dziecka według programu zatwierdzonego decyzją Ministra Pracy i Polityki Społecznej. Decyzja o zostaniu rodziną zastępczą musi być jak najbardziej świadoma, zwłaszcza że nie wiadomo, jakie dzieci do niej trafią i jakie problemy mogą stwarzać.
– To dzieci poranione psychicznie, które często odreagowują to złością, agresją wobec rodziców zastępczych – przyznaje Mirosława Zielony. – Dlatego zawsze mają oni wsparcie specjalistów: psychologa, pedagoga.

Do rodzin zastępczych trafiają dzieci, które w swoim krótkim życiu zaznały wiele złego od swoich najbliższych, dlatego nie mogą z nimi mieszkać. Bywa jednak tak, że zapominają o doznanych krzywdach i mimo wszystko chcą wrócić do rodziców biologicznych. Zwykle, jeśli sąd rodzinny tego nie zabroni, mają z nimi kontakt, choćby telefoniczny.

„Zrobić coś dla innych”
Państwo Olga i Bogdan Majewscy z Głodowej koło Bobolic prowadzą rodzinny dom dziecka od 10 lat. Przygotowywali się do tego przez połowę tego czasu.
– W 1999 roku trafiłem do szpitala i znalazłem się na granicy życia i śmierci – wspomina pan Bogdan. – Zapadłem w stan śmierci klinicznej. Moja żona akurat urodziła nasze czwarte dziecko. Kiedy zacząłem dochodzić do zdrowia, postanowiłem, że jeśli będzie mi dane żyć dalej, wychować najmłodszego syna, to chcę zrobić coś dla innych. Tak pojawił się pomysł utworzenia rodzinnego domu dziecka.

Jako pierwsza trafiła do państwa Majewskich trójka rodzeństwa w wieku 10 i 8 lat oraz 2 lata. Najmłodszy syn państwa Majewskich ucieszył się, że będzie miał się z kimś bawić. Bywały jednak sytuacje, gdy uważał, że jednemu z podopiecznych rodziców ojciec poświęca więcej uwagi niż jemu.
– Przez pierwszy rok pracy doszliśmy od trójki do szóstki dzieci, uznając wtedy, że to już wystarczy, bo trzeba myśleć też o sobie – przyznaje pan Bogdan. – Wiadomo, że dzieci są różne, zaniedbane pod różnym względem: zdrowotnym, społecznym. Mieliśmy półroczne niemowlę, które przez pierwszych kilka tygodni u nas nie wydawało żadnych dźwięków. Rano zrywaliśmy się z żoną nie po to, aby, jak inni rodzice, sprawdzić, dlaczego płacze, ale by sprawdzić, czy w ogóle żyje. Lekarze nie wiedzieli, co jest przyczyną takiego stanu malucha i czy w ogóle przeżyje, ale na szczęście, po pewnym czasie dziecko zaczęło przybierać na wadze, gaworzyć, uśmiechać się. Serce nam rosło. Kiedy ten chłopczyk wracał do rodziny biologicznej, mając prawie trzy lata, pięknie mówił. Inny chłopak, nastolatek, wyznał mi na początku roku szkolnego, że dzięki nam polubił chodzenie do szkoły. Jaka w tym nasza zasługa? To zwykła troska: odpowiednie ubranie dziecka, zadbanie o higienę, drugie śniadanie, pochwały za postępy w nauce. Takie czynności sprawiły, że chłopak poczuł się pewniej, a i szkolni koledzy przestali mu dokuczać.

– Z innym dzieckiem niemal przez cały rok jeździłem 40 km do ortoptyka, aby wyprostować mu zeza, co się bardzo dobrze udało – wspomina z radością pan Bogdan. – Chłopak trafił do włoskiej rodziny do adopcji. To dobrzy, majętni ludzie, którzy jeszcze bardziej zadbali o jego zdrowie. W rodzinnym domu dziecka młodsi i starsi podopieczni odzyskują poczucie bezpieczeństwa – zarówno psychiczne, jak i materialne. Czasami jednak nowe dzieci traktują swoich opiekunów jak wrogów.
– Tłumaczymy im, że nie mamy wpływu na to, czy i kiedy wrócą do swoich biologicznych rodziców, ale jesteśmy po to, aby zająć się nimi tak, żeby było im dobrze – zaznacza pan Bogdan. – Pozytywnie wpływa na nie obecność innych dzieci. Te nowe widzą, że im się u nas nie dzieje krzywda, że są zadbane. Mają co jeść, z kim się bawić.

„To są nasze dzieci”
Państwo Majewscy utrzymują kontakt ze swoimi byłymi podopiecznymi. Zdarzyła się sytuacja, że to oni bardziej przywiązali się do chłopca, podczas gdy on był już gotowy wrócić, razem ze swoją przyrodnią siostrą, do biologicznej matki.
– Nadal często do nas dzwonią – przyznaje pan Bogdan. – Pamiętamy o wszystkich naszych podopiecznych. Bo to są nasze dzieci. Bardzo nas cieszy, gdy widzimy ich postępy w różnych dziedzinach. Mieliśmy chłopca, który przez pewien czas chciał, abyśmy wieczorem zostawiali mu przy łóżku kanapkę. Na początku ją od razu zjadał. Rano ją brał i chował w pojemniku dla kota. Bał się, że potem nic nie dostanie. Takie miał doświadczenia z domu rodzinnego. Kiedy po trzech miesiącach się przekonał, że jedzenia mu nie zabraknie, nikt mu tej kanapki nie zabierze, poprosił, abyśmy mu jej już przy łóżku nie zostawiali.

Utrzymanie rodzinnego domu dziecka finansuje samorząd. Miesięcznie na jedno dziecko (zakup jedzenia, ubrań, artykułów szkolnych, podręczników, opłata za przedszkole, dojazd do szkoły, koszt szkolnych wycieczek itp., utrzymanie domu (czynsz, opłaty, środki czystości itp.) opiekunowie otrzymują (wraz ze swymi pensjami) 3000 zł.
– Jednak fakt, że jesteśmy rodziną zawodową, oznacza, że instytucje nadzorujące stawiają nam więcej wymagań – przyznaje pan Bogdan. – Po tylu latach mogę powiedzieć, że jeśli chce się zostać rodziną zastępczą, trzeba przede wszystkim lubić dzieci. Musi być specyficzna motywacja, głębokie przeświadczenie, co jest w życiu najważniejsze. Do takiej decyzji trzeba dojrzeć. Młodzi ludzie mają inne priorytety. Dopiero wtedy, gdy spotka ich takie trudne doświadczenie, jak mnie, zaczynają inaczej myśleć. Bogdan Majewski przyznaje, że mimo specyfiki pracy, bo nie wiadomo, jakie dzieci zamieszkają w domu, daje ona wiele radości. I nie chodzi o jakieś wielkie rzeczy ale o to, że dziecko zacznie samo mówić, przestanie się bać, uśmiecha się.
– To rekompensuje wszystkie trudy – nie kryje pan Bogdan. – A więzi, jakie się między nami tworzą, są po prostu bezcenne.

Ewa Marczak

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

Oglądasz teraz: To są po prostu nasze dzieci