Miasto - Tygodnik Koszaliński

Co za historia!

 Arkadiusz Pater :: Fot: Magda Pater

Arkadiusz Pater wielu osobom kojarzy się przede wszystkim z muzyką, a konkretnie z koszalińskim zespołem Pampeluna. Niektórzy, zgodnie z prawdą, łączą go też z filmowymi przedsięwzięciami. A te z kolei łączą go z umiłowaniem historii. Historią właśnie zajmuje się na co dzień, bo jest nauczycielem tego przedmiotu. Koszalinianin słynie z kreatywnego podejścia do życia i to on właśnie pokazał, jak powinny wyglądać lekcje online z prawdziwego zdarzenia. Lekcje przed kamerą, emitowane na YouTubie, zaciekawiły nie tylko uczniów, ale również wielu dorosłych. Pierwsze określenie, które od razu przychodzi na myśl, żeby opisać Arka, to charyzma. Jedni wypracowują ją latami, drudzy po prostu się z nią rodzą. On niewątpliwie należy do tych ostatnich szczęśliwców.

Mam takie wrażenie, że w życiu starasz się wykorzystać większość swojego czasu na rzeczy, których nie musisz, a lubisz robić. Tak było z muzyką, później z produkcjami filmowymi, tak też jest z lekcjami historii. Wydaje mi się, że jak już za coś się zabierasz, to jeśli nie jest to jeszcze twoją pasją, za chwilę nią będzie...
– Kiedy zaczynałem być nauczycielem historii, głównie koncertowałem. Wtedy to muzyka była dla mnie najważniejsza. Na początku tych godzin w szkole miałem niewiele. Traktowałem to bardziej jako dodatek i też w jakimś stopniu ministabilizację, bo wtedy liczył się tylko rock'n'roll.

Muzyka w dalszym ciągu jest dla mnie ważna. Kiedy długo siedzę w szkole, mam czasami ochotę chwycić za gitarę i rzucić to wszystko. Często też jestem wkurzony, że nie mogę oddać się muzyce, tak jakbym chciał. Teraz właśnie powinienem nagrywać gitary do nowego singla, a montuję filmy, to pochłania bardzo dużo mojego wolnego czasu. Muszę się przyznać, że miałem w życiu dużo szczęścia, bo te rzeczy, których próbowałem, zazwyczaj mi się podobały i często je kontynuowałem.

Czy za tą twoją pasją do historii kryje się jakiś nauczyciel, którego podziwiałeś?
– Miałem świetnego nauczyciela historii, którego przy każdej możliwej okazji pozdrawiam. Właśnie przez niego polubiłem ten przedmiot. On mi nawet kiedyś powiedział, żebym nie pisał matury z historii, mówiąc: „Co ty będziesz robił w życiu? Uczył historii? Nie rób tego!”. A ja zawsze jak go spotykam, powtarzam: „Wszystko to pana wina!” (śmiech). To jest również mój imiennik, więc chyba tak musiało być. Mój nauczyciel historii świetnie opowiadał i rozmawiał z nami, aż chciało się zabłysnąć wiedzą. Może to brzmi trochę, jakbym był kujonem (śmiech), ale ja po prostu uwielbiałem historię. Ja w ogóle miałem szczęście do nauczycieli w szkole średniej na Jedności, a szczególnie do mojego fantastycznego wychowawcy, który pokazał mi zupełnie inne podejście, jakie może mieć nauczyciel do ucznia.

Nauczycielem historii jesteś już prawie 11 lat. Czy zmieniło się twoje podejście do zawodu z biegiem czasu?
– Wydaje mi się, że miałem przez chwilę lekki kryzys trzy, cztery lata temu. Chciałem być taki jakiś nie wiadomo jak wymagający. Oczywiście, u mnie trzeba umieć. Uczniowie są przepytywani przy tablicy. Nie ma litości, jeśli należy się jedynka, to ją stawiam. Nie lubię w życiu prostactwa i buractwa. Jeśli jest się, jak ja to mówię, kulturalnym dżentelmenem albo kulturalną damą, czyli nie przeszkadzasz, wykazujesz inicjatywę, to zawsze dwójka jest, ale jak jest się tzw. gałganem, to mamy problem. Jeśli widzę, że uczeń coś kombinuje, ściemnia przy odpowiedzi, ale jednak coś pamięta i stara się wybrnąć, to oceniam inne umiejętności. Złe oceny wynikają tylko i wyłącznie z tego, jak widzę, że komuś ewidentnie nic nie chce się robić w życiu. Uczę w szkole podstawowej, tu nie trzeba wiele wysiłku, żeby zdać z klasy do klasy, ale zdarzają się takie przypadki. Wtedy, niestety, nie mogę na siłę uszczęśliwiać wszystkich. Wydaje mi się, że jestem uczciwy w ocenianiu. Jeśli widzę, że dzieciaki chętnie biorą udział w moich zajęciach, pośmiejemy się, pogadamy, to nie mam problemu, żeby wstawić komuś piątkę. Na początku miałem osiem godzin lekcyjnych w tygodniu, teraz mam trzynaście, czternaście klas, to można się nagadać. Był też taki czas, że pracowałem w dwóch, trzech szkołach. Dlatego zawsze tłumaczę uczniom, żeby nie ściemniali na sprawdzianie, jeśli nie przygotowali się, to można to poprawić. Zdarza się, że na kartce ze sprawdzianem znajdzie się rysunek. Oczywiście, uwielbiam te rysunki, to jest to budujące i bardzo miłe, bo są to takie szczere gesty. Wtedy dopiero można zobaczyć, jak wygląda się w oczach dziecka. Te dane warto aktualizować (śmiech).

Pamiętam, jak wspominałeś, że daty w historii nie są najważniejsze…
– A po co komu daty? Od tego jest kalendarium. Historię trzeba zrozumieć. Oprócz tego, że liczy się logiczne myślenie, dla mnie ważne jest, żebyśmy uczyli się może takich wartości, których jest mało w dzisiejszym świecie, m.in. zaufania, uczciwości, szczerości. Zawsze powtarzam uczniom, że nie wolno złamać danego słowa. Wolę usłyszeć szczerze, że nie przygotowali się niż owijanie w bawełnę. Tym bardziej że po stronie nauczyciela widać, kiedy coś jest nie tak. Jak ja byłem młody, zawsze myślałem, że jestem mistrzem kamuflażu, a tu wszystko widać jak na dłoni (śmiech).

Jakie są teraz dzieci? Zauważasz, że zmieniają się z roku na rok?
– Zauważam zmianę cywilizacyjną. Ona weszła do szkół, chodzi mi o różnego rodzaju media społecznościowe, również to całe komunikowanie się za pośrednictwem komentarzy, emotikon itp. Takie życie mało wartościowe, niestety. Dorośli w tym świecie szybko się zatracają, a co dopiero dzieci. To nie jest fajne. Im dłużej uczę, tym bardziej dostrzegam, że rodzice i w ogóle ten świat ma coraz mniej czasu na dzieci. W wielu przypadkach pozostawione są same sobie i ten telefon czy tablet ma zrobić za nas robotę. Jednak muszę podkreślić, że dzieciaki są fantastyczne cały czas, którego rocznika bym nie uczył. Gdyby nie były świetne, to bym tego nie robił.

W ogóle angażujesz się w życie tych dzieci poza lekcjami. Pamiętam spotkałam cię na wystawie fotograficznej twojego ucznia…
– Zaproszenie na tego typu spotkanie pokazuje przede wszystkim, że jest to ważne wydarzenie dla ucznia. Miło mi, że chce pokazać, jakie ma swoje zainteresowania. Jeżeli mogę, to chcę go wesprzeć. Wystawa fotograficzna to ogromny sukces dla młodego człowieka, a dla mnie to wyróżnienie. Nie mam może za wiele czasu, żeby przesiadywać popołudniami, ale jeśli mogę wpaść na 5-10 minut, to zawsze chętnie to robię.

Ty postanowiłeś po godzinach lekcyjnych za pośrednictwem serwisu YouTube, zaprosić uczniów z całej Polski do oglądana na kanale „Co za historia” odcinków, z których możemy dowiedzieć się m.in. o rządach pierwszych Piastów. Skąd ten pomysł? Bo ja widzę tu trochę miłości do historii, ale również do ruchomego obrazu…
– Do nagrania pierwszego odcinka i stworzenia kanału namówiła mnie moja żona. Powstała idea, żeby wysyłać uczniom filmy, które pozwolą im uczyć się zdalnie w przystępny sposób. Stwierdziłem, że jak już mam coś nagrywać, to czemu nie mogą korzystać z tego wszyscy w ramach takiej ściągawki z historii? Kręcę odcinki do dziś i wychodzę z założenia, że można przekazać tę wiedzę w prosty i przystępny sposób. Nagranie pierwszego odcinka zajęło nam bardzo dużo czasu.

Czytasz komentarze pod każdym odcinkiem?
– Czytam wszystkie komentarze i na nie odpowiadam. Widzę, że to, co robię, pomaga wielu uczniom. Jeden z nich napisał mi, że po obejrzeniu odcinka dostał piątkę ze sprawdzianu. Teraz ograniczam się do nagrywania i publikowania jednego materiału w tygodniu. Dużo osób prosiło mnie o stałą porę. Muszę przyznać, że ci wszyscy ludzie na YouTubie są bardzo aktywni. Ja nie znałem tego świata, że jest taki dynamiczny, że tyle tam się dzieje. Czasami dzieciaki sugerują mi w komentarzach, jakie tematy fajnie byłoby zrealizować w takiej formie. Nie chciałem wprowadzać chaosu, bo w każdym odcinku odnoszę się do wcześniejszego, żeby wymusić na nich myślenie przyczynowo-skutkowe. Coś wzięło się z czegoś. Dzięki chronologii można myśleć wielopłaszczyznowo. Jedyne, o czym myślę, to odcinek z pytaniami od publiczności. Może faktycznie ostatni odcinek sezonu taki zrobię. Zobaczymy czy potrwa to do wakacji, a może znacznie dłużej. Na pewno w dalszym ciągu chcę skupić się na historii Polski.

Na początku naszej rozmowy wspomniałam o twojej pasji do muzyki. Sama poznałam cię, jak dużo koncertowałeś i gdzieś tam twój wizerunek sceniczny był bardzo wyraźny. Jak to miało się do początków twojej nauki w szkole, kiedy zostałeś nauczycielem? Spotkałeś się z jakimiś niespodziewanymi reakcjami uczniów, kolegów w pracy?
– Środowisko nauczycieli jest specyficzne. Na początku byłem traktowany stereotypowo. Chociaż nie wiem, skąd to się wzięło? Bo dopiero tak naprawdę od półtora roku chodzę do szkoły w krótkim rękawie. Postanowiłem jednak przemęczyć się te kilka lat, żeby ominąć plotkowanie. Tak samo postępuję także przy filmach historycznych, które nagrywam. Zawsze mam długi rękaw. Na co dzień nie mieszam zawodów ze sobą. Muzyk to muzyk, nauczyciel to nauczyciel. Wielu z moich uczniów dowiaduje się gdzieś tam dopiero w ósmej klasie, że gram w zespole Pampeluna od wielu lat. Zawsze odpowiadam, że to mój brat bliźniak (śmiech). Myślę, że tych dwóch ról nie można ze sobą łączyć. Oczywiście, było poruszenie jak uczniowie zauważyli tatuaże podczas wycieczki szkolnej, ale nie wiem, z czego to wynika, wydaje się, że dla ich pokolenia jest to coś naturalnego.

Wiem, że nagrywanie odcinków z serii „Co za historia” zajmuje ci sporo czasu, ale nie rezygnujesz z muzyki. Coś tam powoli się dzieje w tym kierunku…
– Muszę pojechać i nagrać gitary do trzech piosenek. Jesteśmy w trakcie nagrywania, co prawda, nie wiem czego: czy singli, czy płyty. Nie zdecydowaliśmy się jeszcze, ale nowy materiał powstaje. Na pewno chcieliśmy zrobić koncert z okazji dziesięciolecia pierwszej płyty z pierwszym składem, ale na ten moment jest to niemożliwe ze względu na pandemię. Dodatkowo szkoda mi tych wszystkich dzieci, które piszą, że te lekcje online są super i bardzo im to pomaga. Moja taka trochę altruistyczna idea mówi, że jak to tak idzie i wychodzi, to może dalej to ciągnąć? Mimo wszystko, staram się to wszystko godzić. Ja po prostu lubię historię, bawię się nią. A w ogóle to mnie zmusza do przypomnienia sobie wielu rzeczy, bo żeby przez 10 minut coś mówić ze szczegółami, to też trzeba się przygotować. Myślę, że to mnie najbardziej kręci w tym wszystkim, że ciągle rozwijam się i dokształcam.

Rozmawiała Magdalena Wojtaszek

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

Oglądasz teraz: Co za historia!