Miasto - Tygodnik Koszaliński

Nie bójmy się lekarza

 Regina Wasilewska-Kita :: Fot: Archiwum domowe

Wszyscy się teraz boimy koronawirusa, wszyscy przed nim staramy się chronić. Ale to nie znaczy, że nagle zniknęły inne choroby, że przestały nam nie tylko dokuczać, ale czasem zagrażać. O tym, jak się leczymy w czasie pandemii rozmawiamy z lekarką rodzinną i pediatrą – Reginą Wasilewską-Kitą.

Czy pacjenci przychodzą na wizyty do rodzinnego lekarza?
– Nie przychodzą. Przedtem miewałam nawet 60-70 pacjentów dziennie. Teraz, jak mam 20 telefonów i z nich zapraszam na badanie trzy osoby – to już dużo. Przyznam, że trochę źle się z tym czuję, jakbym była niepotrzebna. I czuję się po pracy bardziej zmęczona, niż gdybym przyjęła kilkadziesiąt osób. A wiem, że ludzie nigdy nie przestają chorować.

Dlaczego tak się dzieje? Może jednak przestali?
– Z dwóch powodów. Odizolowanie od rówieśników – zarówno małych dzieci, jak i nastolatków, sprawia, że mniej się zakażają chorobami typu wirusowego i rzeczywiście nie chorują. Powód drugi, to oczywiście pandemia i strach przed zakażeniem. Rodzice nawet małych dzieci wolą sobie sami poradzić, zasięgnąć ewentualnie porady telefonicznej, niż tu przyjść.

Czego się boją?
– Boją się lekarzy, boją się nawet budynku przychodni, jako „siedliska zakażenia”. Jest w tym trochę prawdy, że my, lekarze, stykamy się z chorymi i jesteśmy odporniejsi na patogeny. Możemy być nosicielami, ale nie chorować. I nie tylko koronawirusa to dotyczy. A jak już rodzice decydują się na przyjście z dzieckiem do gabinetu – upewniają się, czy na pewno nie ma kolejki, nikt nie czeka na korytarzu. Taka sytuacja jest od pierwszych dni pandemii i utrzymuje się. U kolegów, mających pacjentów dojrzałych i starszych jest podobnie. Cały czas udzielam konsultacji telefonicznych, wystawiam online zwolnienia i recepty. Mam nadzieję, że taka możliwość się utrzyma, zwłaszcza jeśli chodzi o recepty na choroby przewlekłe. To bardzo wygodne dla pacjenta. Zawsze jednak proszę o kontakt w przypadku nowych leków – jak zadziałały, jakie są efekty.

Jak się chronicie, by wy, lekarze i pacjenci czuli się tu bezpiecznie?
– Przy wejściu do przychodni trzeba poddać się badaniu temperatury ciała i wypełnić pisemnie wywiad z podaniem kontaktu, gdyby się okazało, że nastąpiło zakażenie czy kontakt z kimś chorym. Każdy powinien mieć na twarzy maseczkę, u nas ma dezynfekowane dłonie i otrzymuje rękawiczki jednorazowe. Ja pracuję w maseczce, nieustannie dezynfekuję gabinet, ręce, zmieniam maski. Noszę okulary, więc przyłbicy nie zakładam.

Teraz jest okres szczepień obowiązkowych dla dzieci. Czy rodzice mogą przyjść spokojni, że są chronieni?
– A tu już jest inna sytuacja. Przy podawaniu szczepionki maluchowi kontakt jest nieunikniony. Dotykam go, pochylam się. Inaczej się nie da. Wobec tego ja i pielęgniarka zakładamy maskę specjalistyczną z filtrem, przyłbicę i fartuch ochronny. Dzieci chyba trochę się boją, bo nie rozpoznają nas w tych strojach. Cieszę się, że rodzice przychodzą na szczepienia. Umawiamy się na konkretną godzinę. Trochę nam idzie wolniej, niż w ubiegłych latach, bo przyjmujemy mniej dzieci dziennie. Ale za to bezpiecznie.

Czy ta mała liczba wizyt u lekarzy rodzinnych może mieć jakieś konsekwencje zdrowotne?
– Na pewno brak kontaktu bezpośredniego z lekarzem jest niekorzystny w przypadku chorób kardiologicznych i onkologicznych w późnych stanach. Pacjenci zgłaszają np. ból, duszności, uczucie osłabienia, brak apetytu. To mówi, że coś jest nie tak, ale te objawy mogą wywoływać różne choroby, nie zawsze jest to zawał serca. A pacjent może nie zauważyć innych objawów, które z kolei mogą być zapowiedzią choroby kardiologicznej lub udaru. Niebezpieczne są różne bóle właśnie udarowe, zaostrzenia się chorób płuc. U dzieci powinna zaniepokoić wysoka temperatura utrzymująca się ponad trzy dni. Takiego pacjenta powinien zobaczyć lekarz. Zwlekanie z wizytą może być niebezpieczne.

Czy to prawda, że pacjenci kupują leki na zapas?
– Na początku pandemii mieliśmy sytuację, że wszyscy pomagaliśmy wypisywać recepty. Zapotrzebowanie było tak duże, że lekarze przede wszystkim dorosłych pacjentów nie dawali rady. Myślę, że leków wykupiono wówczas więcej, niż potrzebowano. Ale to już minęło. Leki są w aptekach, nie ma z tym żadnego problemu.

Żyjemy w niepewności, w ciągłym zagrożeniu. Czy to może wywoływać stany chorobowe?
– Moi pacjenci są kilkulatkami i raczej nie dotyczą ich nerwice czy stany lękowe spowodowane obecną sytuacją. Ale ich rodzice są w stanie stresu, podenerwowani, zaniepokojeni. Boją się przyszłości, czy utrzymają pracę, kiedy to się skończy, czy dadzą sobie radę. To się czuje w rozmowach. Rodzice są przemęczeni jednoczesną całodzienną opieką nad dziećmi i pracą zdalną.

Mówi się o nieciekawych zachowaniach sąsiadów wobec medyków. Media donosiły o żądaniach np. wyprowadzenia się z osiedla czy bloku. Czy panią coś podobnego spotkało?
– Tam, gdzie mieszkam, sąsiedzi na ogół wiedzą, że jestem lekarką i że cały czas pracuję. Nie spotkało mnie z tego powodu nic przykrego. Nadal się sobie kłaniamy i uśmiechamy pod maseczkami.

Mieszkańcy Koszalina, zwłaszcza ci mieszkający przy dużych ulicach, zwracają uwagę, że od czasu ogłoszenia pandemii znacznie częściej słyszą jadące na sygnale karetki pogotowia...
– Nie zauważyłam tego. Ale jeśli tak bywa, sądzę, że przyczyną jest po prostu… wiosna. Przejście z zimy w wiosnę właśnie, w inne warunki pogodowe, częste zmiany aury, skoki ciśnienia sprawiają, że organizm człowieka reaguje czasem gwałtownie. I zdarzają się nasilenia zjawisk głównie sercowych czy krążeniowych. Może jednak dochodzi do tego fakt, że od kilkunastu tygodni żyjemy wszyscy w napięciu, w niecodziennej sytuacji, która nie wiadomo kiedy się skończy.

Rozmawiała Dana Jurszewicz

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

Oglądasz teraz: Nie bójmy się lekarza