Miasto - Tygodnik Koszaliński

W tej pracy czuję się bardzo potrzebny

 Sebastian Pawlik :: Fot: Magda Pater

Obecnie w Polsce mamy 250 tys. pielęgniarek i położnych, a średnia wieku w tej grupie zawodowej wynosi 52 lata. 8 maja świętowaliśmy Międzynarodowy Dzień Położnych, a 12 maja – Międzynarodowy Dzień Pielęgniarek. O swojej pracy opowiada Sebastian Pawlik, pielęgniarz w hospicjum stacjonarnym w Koszalinie.

Jak to się stało, że został pan pielęgniarzem?
– Pracowałem jako ratownik medyczny, kiedy powstała Państwowa Wyższa Szkoła Zawodowa, oferująca studia na kierunku pielęgniarstwo. Postanowiłem wtedy, że uzupełnię swoje wykształcenie o wiedzę potrzebną do zajmowania się pacjentami na oddziale. Oba zawody są do siebie podobne, ale mają też istotne różnice. Ratownik medyczny zajmuje się pacjentem na miejscu zdarzenia i na szpitalnym oddziale ratunkowym. Pielęgniarka czy pielęgniarz spędza przy pacjencie więcej czasu i jest bliżej niego.

Nie żałuje pan zmiany zawodu?
– Ani trochę, bo mam już swoje lata (śmiech), a praca ratownika medycznego wymaga bardzo dobrej kondycji fizycznej. W dodatku ratownik medyczny pracuje w podobnych warunkach jak żołnierz na poligonie – w ruchu i w stanie podwyższonej adrenaliny. Poza tym, w sytuacji krytycznej, zagrażającej życiu pacjenta, ratownik medyczny nie może sobie pozwolić na błąd. Trzeba schować emocje, pracować zgodnie z procedurami.
Odkąd pracuję w hospicjum, czuję się bardzo potrzebny, co daje mi dużą satysfakcję, mimo że towarzyszymy niektórym pacjentom w odchodzeniu. Oczywiście doświadczenie, które zdobyłem w pracy ratownika medycznego, jest bardzo cenne i często się przydaje w mojej obecnej pracy. Pracę tutaj podjąłem dlatego, że mijał okres pięciu lat od ukończenia studiów pielęgniarskich i gdybym nie zaczął pracy w tym zawodzie, to straciłbym prawo do jego wykonywania.

A dlaczego został pan ratownikiem medycznym?
– To też przypadek. Trafiłem jako kierowca do starego systemu pogotowia ratunkowego, a chcąc w nim zostać, musiałem zdobyć kierunkowe wykształcenie. Pociągała mnie jazda karetką na sygnale, pomoc pacjentowi. Zacząłem studia na kierunku ratownictwa medycznego, które potwierdziły, że to był dobry wybór. Starałem się wykonywać tamten zawód najlepiej, jak potrafię. Oczywiście obecnie jest tak samo.

W jaki sposób rodzina przyjęła zmianę pana zawodu?
– Moja żona, która jest położną, przyjęła tę zmianę ze zdziwieniem, zwłaszcza decyzję po podjęciu pracy w hospicjum, ale popierała mnie. Jednak przyszedłem tutaj, bo pamiętałem atmosferę, która tu panuje między pracownikami i między pracownikami a pacjentami, a którą poznałem podczas praktyk studenckich.

Jest pan jedynym pielęgniarzem w hospicjum. Jak na pana reagują pacjenci, szczególnie pacjentki? Praca pielęgniarki wymaga to także wykonywanie przy chorym także czynności intymnych takich jak mycie, przewijanie. Nie budzi to skrępowania u pacjentów?
– Bardzo często pacjenci zwracają się do mnie słowami „panie doktorze”(śmiech), co prostuję, ale nie spotykałem się z niechęcią. Pacjenci mnie akceptują, ufają. Na pewno praca w hospicjum uczy pokory, innego podejścia do własnego życia. Mamy więcej czasu dla pacjenta, którym wymaga trochę innej opieki niż ten, który przebywa na szpitalnym oddziale.

Praca w hospicjum jest na pewno obciążająca psychicznie. A zmiana pielęgniarska trwa dwanaście godzin. Czy ma pan sposób na odreagowanie tych trudnych sytuacji, które pan tutaj widzi?
– Staram się zapomnieć o tym, zamykając drzwi hospicjum. Nie chcę przenosić tych emocji do domu. Oczywiście, że nie jest to łatwe. Inaczej jest w sytuacji, gdy odchodzi osoba w podeszłym wieku, bo wiemy, że przecież i tak ta śmierć jest nieuchronna. Inaczej jest jednak wtedy, gdy umiera osoba w wieku zbliżonym do mojego. Pacjenci chwytają się życia wszelkimi sposobami, walczą o każdą jego minutę. Trudno im się pogodzić z tym, że odchodzą. Trzeba też jasno powiedzieć, że nie każdy nasz pacjent tutaj umrze. Wielu chorych wypisujemy do domu, bo ich stan się poprawił. Hospicjum to przecież też jest życie.

Zmienia to podejście do własnej przemijalności, śmiertelności?
– Oczywiście, że tak. Kiedyś liczyła się głównie finansowa strona mojej pracy, bo jednak pieniądz rządzi światem. Miałem własną działalność gospodarczą, pracowałem jako ratownik medyczny. Ta walka o zapewnienie rodzinie jak najlepszych warunków materialnych nie służyła moim najbliższym. Kiedy rano wychodziłem z domu, syn stawał w drzwiach i prosił o to, abym został. Zrezygnowałem więc z tej działalności, tracąc co prawda finansowo, ale zyskując czas dla rodziny, bo ona jest najważniejsza. Na pewno nie można powiedzieć, że wybiera się pracy w służbie zdrowia dla pieniędzy. Gdybym miał ponownie wybierać zawód, zdecydowałbym się na inny. Jednak skoro już podjąłem się pracy najpierw ratownika medycznego, a teraz pielęgniarki, to chcę się jej poświęcić.

Czy dzień pielęgniarki, pielęgniarza jest pana zdaniem potrzebny?
– Tak, bo nawet w dobie epidemii koronawirusa przekonuję się, że nasza praca jest niedoceniana i mało szanowana przez nasze społeczeństwo. Ludzie boją się kontaktu z lekarzem, pielęgniarką lub ratownikiem medycznym, uważając ich za źródło zarażania koronawirusem. Owszem, jest tak w pewnym sensie, ale pracownicy medyczni umieją się zabezpieczać przed zarażeniem siebie i innych. A to właśnie my jesteśmy na pierwszej linii walki z koronawirusem. Na nas spoczywa wielka odpowiedzialność. My też boimy się o siebie i naszych najbliższych, bo jakieś ryzyko przeniesienia wirusa zawsze jest.

Czy w związku z tym, że personel medyczny jest postrzegany jako ewentualny roznosiciel wirusa, spotkała pana jakaś nieprzyjemność?
– Mnie osobiście nie, ale koleżanka usłyszała od sąsiada, że powinna się wyprowadzić,a kolega, zatrzymując się na stacji benzynowej, usłyszał, żeby tam nie tankował.

A były miłe słowa, gesty?
– Tak, słyszymy słowa uznania, odczytujemy je w internecie. To też motywuje do pracy. Zdarzyło się niedawno, że ktoś mnie zgłosił do plebiscytu na najlepszą pielęgniarkę, najlepszego pielęgniarza roku. Zadzwoniłem do organizatora tego konkursu, aby wycofać moją kandydaturę. Pracuję w hospicjum rok i nie czuję się właściwą osobą do tytułu pielęgniarza roku.

Może ktoś docenił fakt, że po prostu pan tu jest?
– Może, ale to zdecydowanie za mało, żeby uznać, że robię coś nadzwyczajnego, zwłaszcza w porównaniu z koleżankami, które pracują tu znacznie dłużej. Ta nominacja była bardzo miła, ale jednak nie czuję, abym na nią zasłużył.

Czego by pan życzył sobie, koleżankom i kolegom z okazji Międzynarodowego Dnia Pielęgniarek, Pielęgniarzy i Położnych?
– Życzyłbym sukcesów, czyli zadowolenia z pracy, docenienia przez pacjentów i ich rodziny. Oczywiście życzę nam wszystkim podwyżek pensji, bo pieniądze, mimo że nie są w życiu najważniejsze, to jednak są potrzebne. Życzę także braku słów krytyki, a także roszczeniowości ze strony pacjentów i ich najbliższych. Wiemy, co się każdemu z naszych pacjentów należy. Wszystkie nasze zadania wykonujemy z wielką dokładnością.

Rozmawiała Ewa Marczak

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

Oglądasz teraz: W tej pracy czuję się bardzo potrzebny