Miasto - Tygodnik Koszaliński

Dziewczyna z tatuażem

 Aleksandra Wydrych :: Fot: Archiwum prywatne

Tatuatorstwo to branża zdominowana przez mężczyzn. Panowie stanowią przytłaczającą większość artystów działających w tej branży i widok kobiety operującej maszynką i tuszem w salonie tatuażu to zjawisko równie rzadkie jak nastolatek bez konta na Insta czy włosy Donalda Trumpa. Na szczęście, jest od tej zasady coraz więcej wyjątków. Jeden z nich to Aleksandra Wydrych, która mieszka i pracuje w Koszalinie. Z Olą porozmawiałem podczas spotkania w parku, korzystając z wymuszonej przez koronawirusa przerwy w jej działalności artystyczno-zarobkowej.

Witaj w niepowtarzalnych okolicznościach przyrody. Gdyby nie COVID, pewnie rozmawialibyśmy w salonie?
– Hej, najprawdopodobniej tak, bo przed pandemią pracy miałam sporo, a w domu wiesz – dzieci, chłop, więc czasem ciężko się wyrwać (śmiech).

Ale do Koszalina jakiś czas temu się wyrwałaś, bo trochę się znamy i wiem, że nie jesteś stąd.
– Dokładnie, pochodzę z Chojnic.

I wcale nie przyjechałaś tutaj po to, by robić tatuaże.
– Zdecydowanie nie, bo kiedyś nawet bym o tym nie pomyślała. Po szkole średniej uczyłam się w Sopocie w studium fotografii. Potem zamarzyło mi się studiowanie architektury wnętrz i trafiłam na naszą politechnikę.
Czyli można powiedzieć, że sztuka interesowała cię od dawna. Pytanie – od jak dawna?
– Tak naprawdę, odkąd pamiętam. Już w podstawówce brałam udział w konkursach plastycznych, ale nauczycielka plastyki cały czas twierdziła, że jestem jakimś totalnym beztalenciem. Bardzo chciałam rysować, ale ona trochę podcinała mi skrzydła mówiąc, że w ogóle się do tego nie nadaję i powinnam się zająć czymś zupełnie innym. Śmieszne było to, że ludzie wokół cały czas prosili mnie, żebym im coś narysowała, więc chyba nie było tak źle (śmiech). Robiłam to więc dalej pomimo braku wsparcia ze strony tej pani pedagog. Po prostu pracowałam sama. Plastyką zajmowałam się w zasadzie do końca liceum i jak zaczęłam uczyć się w Sopocie fotografii, trochę odpuściłam.

Ale jak przyjechałaś do Koszalina musiałaś do tego wrócić...
– Musiałam i chciałam. Na wzornictwie są takie przedmioty jak rysunek czy malarstwo, gdzie trzeba było wrócić do podstaw. Tam okazało się, co robię dobrze, a co robię nie tak i mimo tego, że niektórych zajęć na początku nie lubiłam, dały mi ogromnego kopa i właśnie dzięki nim bardzo się rozwinęłam. Poza tym, to wszystko rzuciło nowe światło na to, co robiłam, szczególnie jeśli chodzi o rysunek prowadzony przez panią Kalinowską, która była zupełnie innym pedagogiem niż pani z podstawówki, bo chociaż potrafiła dać w kość, to pozwalała się rozwijać i wyzwalała we mnie prawdziwą kreatywność.

No, ale od architektury wnętrz do tatuażu droga jest pozornie dosyć daleka?
– No właśnie pozornie, bo okazało się, że w moim przypadku nie. Na studiach poznałam Emila, który pracował w jednym z koszalińskich salonów. Ja miałam wtedy pomarańczowe włosy, on był cały kolorowy i tak jakoś się przyciągnęliśmy. Nawiasem mówiąc, dzięki Emilowi poznałam mojego faceta i ojca moich dzieci, bo grali razem w zespole Pampeluna.

I on cię do tego zachęcił?
– Tak, ale tatuażami interesowałam się dużo wcześniej, bo jak aktywnie działałam w fotografii i wystawiałam w internecie swoje prace, to trafiły w pewnym momencie na portal, gdzie było mnóstwo zdjęć fajnie wytatuowanych dziewczyn. Zrobiło to na mnie ogromne wrażenie i stwierdziłam, że super byłoby mieć naprawdę dobry tatuaż, bo ten, który miałam był dziełem znajomego, który zrobił go na wersalce za flaszkę wódki, więc tak naprawdę nie ma się czym chwalić (śmiech). Nieśmiało też zaczęłam myśleć, że skoro rysuję, to może kiedyś też mogłabym pracować w tej branży, ale to było kilkanaście lat temu. Wtedy tatuaż artystyczny był w Polsce prawie abstrakcją, a zwłaszcza taki robiony przez dziewczyny, bo była ich garstka.

Ale jak to mówią – co się odwlecze...
– Emil cały czas zachęcał mnie, żebym się tym zajęła, ale ostatecznie przekonał mnie Arek, czyli mój mężczyzna. Trochę się bałam, że nie podołam, bo w tej branży trzeba być wszechstronnym, bo ktoś tam będzie chciał pieska, inny kotka a jeszcze inny czaszkę. Trochę mnie to przerażało. Ale w końcu podjęłam decyzję, że chcę to robić. Początkowo miał mnie uczyć Emil, ale w miejscu, gdzie pracował nie było do tego warunków i wylądowałam w studio naszego wspólnego kolegi Matheo. I od początku było grubo, bo jego filozofią było rzucenie mnie na głęboką wodę.

Czyli teorii było niewiele?
– No nie. Przyszłam do jego studia, wręczył mi maszynkę mówiąc – to jest maszynka, tam jest tusz, tam masz sztuczną skórę do ćwiczeń. Popracuj kilka dni, żeby ręka przyzwyczaiła się do maszynki, bo jest dość ciężka i za tydzień możesz umawiać pierwszą klientkę.

I co zrobiłaś?
– Byłam przerażona. Strasznie bolała mnie ręka, bo maszynka jest naprawdę ciężka. Kiedy przyszła pierwsza klientka, nie mogłam opanować drżenia i tatuaż rozpoczął za mnie Matheo. Potem się uspokoiłam i dokończyłam robotę. No, ale potem było już z górki. Z każdą następną osobą było coraz lepiej i czułam się coraz pewniej. I chyba robiłam to dobrze, bo przez pół roku pracy miałam wolne jedynie niedziele, tylu było klientów.

No, ale w pewnym momencie zmieniłaś pracodawcę?
– Tak, ale tylko dlatego że małe studio z jednym stanowiskiem przestało nam wystarczać. Po prostu ciągłe wymienianie się jednym fotelem zaczęło być i dla mnie, i dla niego w pewnym momencie zbyt uciążliwe. Ale ciągle się przyjaźnimy i jestem mu wdzięczna za wszystko, czego mnie nauczył.

I gdzie trafiłaś?
– Do Cejn Tattoo. Piotrek to też wspaniały człowiek i szef. Chyba mam do nich szczęście.

Twoi klienci to głównie kobiety, prawda?
– Tak. Chyba dlatego, że jest tu ten aspekt psychologiczny i kobieta woli być na fotelu u kobiety. Dziewczyny – szczególnie te, które robią pierwsze tatuaże, ciągle mają takie obawy, że jakiś wydziarany typ je uśpi i zaciągnie do łazienki, ale to przecież bzdura. Ale prawdą jest to, że w sytuacji kobieta-kobieta łatwiej przełamać pewien rodzaj wstydu, szczególnie jeśli tatuaż jest robiony w miejscach zwykle zakrytych czy nawet bardzo intymnych. Poza tym, jestem zdania, że kobiecie jest dużo łatwiej zrozumieć inną kobietę.

Faktycznie, coś w tym jest. Faceci też wolą być tatuowani przez mężczyzn.
– No tak właśnie jest. Ze słyszenia znam historie, że panowie odmawiali tauażu, gdy dowiedzieli się, że ma z nimi pracować kobieta. I odwrotnie. Chociaż ja się z tym osobiście nie spotkałam, bo w dzisiejszych czasach na tatuaż umawia się precyzyjnie – na konkretny dzień, godzinę i z konkretną osobą. Osoby wchodzące do studia „z marszu” prawie się nie zdarzają. Do mnie przychodzą ludzie świadomi, którzy przed umówieniem się oglądają moje wcześniejsze prace czy projekty i wiedzą, czego się spodziewać. Ale zdarzają się inne problemy – raz na jakiś czas trafiają do studia osoby, które chcą, by wykonać im kopię tatuażu z internetu, ale dla mnie taka sytuacja jest niedopuszczalna, bo to przecież sztuka. Ktoś kiedyś za taki wyjątkowy wzór zapłacił właśnie dlatego, żeby był wyjątkowy i takie bezmyślne kopiowanie to po prostu kradzież. Kończy się to zwykle długim tłumaczeniem, że tego robić nie wolno i w końcu klienci decydują się na inną propozycję i są zadowoleni, a to jest najważniejsze. No, ale nagadać się trzeba (śmiech).

A jakie wzory wybierają najczęściej?
– Naprawdę różne. Motywy zwierzęce, mandale, kwiaty. Naprawdę jest tego bardzo wiele.

Ale ostatnio branża zastygła. Zresztą jak wiele innych.
– Dla mnie sytuacja jest abstrakcyjna, bo w studiach tatuażu zawsze bardzo dbaliśmy o higienę i sterylne warunki pracy z uwagi na zdrowie klienta i nasze. Dezynfekcja pomieszczenia, narzędzi, i rękawiczki to była u nas normą, kiedy o koronawirusie nikt nie słyszał. Część tatuatorów od dawna zakłada w pracy maseczki, więc tak naprawdę dla nas nic by się nie zmieniło, bo od zawsze zabezpieczaliśmy innych i siebie. Poza tym, jednego dnia jest się w stanie obsłużyć jednego, dwóch klientów, a na przykład w salonie fryzjerskim jest ich kilkudziesięciu. Więc o czym my rozmawiamy...

Poza tym, ktoś, kto tatuuje często wiedzie tak zwany żywot artysty, prawda?
– Tak, to są bardzo często młode osoby żyjące z dnia na dzień, które właśnie z dnia na dzień zostały pozbawione środków do życia. Są zmuszone do pracy w innej branży lub starania się o pożyczki czy kredyty, żeby przeżyć. Ja, na szczęście, mam o kogo dbać, więc nauczyłam się oszczędności i spokojnie daję sobie radę. Niestety, wiele osób z tej branży i nie tylko z tej, bo na przykład z muzycznej też, bardzo dostało po tyłku. Ale dlaczego otwierają nas tak późno? Niektórzy mówią, że to są osobiste animozje rządu, który nas spycha, ale ja myślę, że to po prostu niewiedza. Niedawno mój kolega otwierał salon tatuażu w innym mieście i podczas kontroli panie z sanepidu przyczepiły się, że ma za ciężkie zasłonki. A nie zauważyły, że nie ma wyjętego autoklawu, czyli urządzenia do sterylizacji. Higiena i bezpieczeństwo to dla naszej branży elementarne rzeczy, ale o tym ludzie decydujący, czy otwierać nas, czy nie, nie mają pojęcia. Był z resztą w internecie apel branży tatuatorskiej do rządu, w którym proszono, by rząd zapytał nas co i jak, jeśli czegoś nie wie. No, ale chyba ktoś tam komuś w końcu wszystko wytłumaczył i na szczęście niedługo będziemy mogli znowu pracować.

To w takim razie życzę dobrych pomysłów i spokojnej pracy.
– Dziękuję i nawzajem.

Rozmawiał Remigiusz Błaszków

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

Oglądasz teraz: Dziewczyna z tatuażem