Miasto - Tygodnik Koszaliński

Na giełdę nie ma silnych

 Giełda :: Fot: Magda Pater

Jeśli na niedzielną giełdę zajrzałby ktoś, kto nie wie nic o pandemii – pomyśleć by mógł, że w Koszalinie zdarzają się ludzie dbający o zdrowie i zasłaniają usta przed zanieczyszczonym powietrzem.

Wśród prawdziwych tłumów sunących wzdłuż trzech alejek handlowych oraz buszujących na stoiskach ze starociami maseczki nosiła mniej niż połowa osób. Podobnie było wśród sprzedawców, choć niektórzy używali nawet przyłbic. Przy jednym z bardzo popularnych stoisk z przyrządzanym na miejscu jedzeniem sztućce można było brać własnymi rękami ze stojących przy kasie pojemników. Ale to było zarazem jedno z bardzo niewielu miejsc, gdzie można było sobie odkazić dłonie. Giełdę otwiera rozległy „pchli targ”, gdzie z płachty lub z kartonów można kupić wszystko to, czego ktoś już nie potrzebuje, a my nie wiemy, że to czeka na nas. Pokryte rdzą narzędzia, naczynia z „prawdziwej porcelany”, nieco tylko wyszczerbione, zaczytane książki, ciuchy i biżuteria vintage kusiły i znajdowały nabywców. To raj dla kolekcjonerów – i to z obu stron lady. Waldemar Sołek, na co dzień związany ze sportem, na giełdę przychodzi zaprezentować swoje zbiory odznak, proporczyków i szalików, również o sportowej tematyce. – Brakowało mi giełdy, bo to zawsze się jest wśród ludzi. Cieszę się, że giełda wróciła, i to taka, jaka była przed pandemią.


Pani Mariola z Niechorza też się cieszy, bo dla niej handel jest źródłem utrzymania. – Siedziałam w domu, z nikim się nie widywałam, pomagała mi rodzina. Zlikwidowałam ostatecznie działalność i teraz tylko wyprzedaję ubrania i buty. Ale ludzie więcej oglądają, niż kupują, a opłaty za stoisko są jak przedtem – duże.

Tłok był przy licznych warzywniakach, bo oferowały świeżutkie truskawki po bardzo dobrej cenie. Były też czereśnie oraz warzywa – kalafiory, kapusta i włoszczyzna. Do ostatecznego urządzenia ogrodu czy tarasu zachęcały kwiaty w donicach, różne urządzenia, jak doniczki i „kaskady” – zestawy donic ustawionych pionowo. Drewniane meble ogrodowe – solidne stoły, ławy, huśtawki i „małą architekturę” – np. domki dla ptaków, kwietniki oferuje Andrzej Sielski z Czarniża koło Chojnic. – Przyjeżdżamy tu już ponad osiem lat – przyznaje. - Ta produkcja i sprzedaż to nasze źródło utrzymania, a koszalińska giełda daje nam znaczącą część dochodów. Zainteresowanie jest, klienci oglądają, ale i zamawiają.
Jedną z klientek jest Ela Miran spod Kołobrzegu. – Często tu przyjeżdżamy – mówi. – Różne zakupy robimy, bo jest wybór i wszystko na ogół tańsze niż w sklepach. Tęskniliśmy za giełdą i byliśmy także tydzień temu.
Asia i Czarek z Koszalina również kupują na giełdzie różne produkty potrzebne w życiu codziennym, np. tabletki do zmywarki i truskawki – do zjedzenia i do posadzenia w ogrodzie. – Za każdym razem coś się kupi – mówi pani Asia. - W jednym miejscu jest właściwie wszystko, choć już nie tak konkurencyjne cenowo jak kiedyś.

Co robili kupcy, kiedy giełda była zamknięta? Ratowali się, jak mogli i cierpliwie czekali, licząc straty. Dla wielu ta praca jest głównym, a czasem jedynym źródłem utrzymania, dla równie wielu – znaczącym dodatkiem do innych dochodów. Reakcje na zastój były różne. Pan Czesław z okolic Czarnego żałuje, że wraz z ogłoszeniem izolacji zawiesił działalność. - Nie mogłem skorzystać z pomocy „tarczy”. A teraz musiałem jeszcze dokupić towar, bo zimowych kurtek nikt mi nie kupi. Na szczęście, jestem emerytem, więc to tylko dodatek do dochodu. Obserwuję, że odzież idzie coraz trudniej. Giełda jeszcze jakoś handlowców ratuje, ale na małych targach w regionie jest kiepsko. Zaczynającym ten interes trudno byłoby się utrzymać.

Wiesława Kulczek spod Człuchowa sprzedaje odzież męską, na giełdę przyjeżdża od 10 lat. – To moje źródło utrzymania, jeżdżę więc po rynkach i targowiskach. Tu jest jest dość dobrze, ale gdzie indziej słabo. Ludzie są chyba wystraszyli i jak już przyjdą, to więcej oglądają, niż kupują. Ja skorzystałam z „tarczy” - dostałam wsparcie z Urzędu Pracy (5 tys. zł) i jeszcze 2 tys. postojowego. To dobrze, ale i tak musiałam wziąć niemal wszystkie pieniądze, jakie miałam, by dokupić towaru, bo przecież wszyscy zostaliśmy w marcu z zimową i wczesnowiosenną odzieżą. Na giełdzie funkcjonuje kilka jadłodajni. Oferują mięso i kiełbaski z grilla, pieczone kurczaki. O miejsce przy stoliku było raczej trudno, pyszna grillowana karkówka nie nadążała się rumienić. Pani Anna z Koszalina przyszła na giełdę w jednym celu. – Uważam, że tu są najlepsze szaszłyki – zapewnia. – I wreszcie mogę na nie przyjść. Nie chodzę na giełdę regularnie, ale zawsze, gdy mam chęć na nie właśnie. Dziś już nie było, mam jednak zaufanie do stoiska, zjem coś innego. Tłum przerzedził się dopiero po godzinie 13, bo giełda trwa do ok. 14. Co interesowało klientów? Można powiedzieć, że wszystko. Nie było stoisk, które czekały na klienta – od letnich, barwnych sukienek z Turcji, po obuwie i dziecięce ciuszki. Z rzadka widywało się zimowe ubrania, kupcy znają swój fach – zapraszali do lżejszych ubrań w żywych, prawdziwie wakacyjnych kolorach. Może tylko jeszcze kostiumów plażowych nie było widać.
Koszalinianie ciągnęli z giełdy tak, jak należy – z wypchanymi siatkami w obu rękach. A z siatek wyglądały sadzonki, poduszki, kartony z obuwiem, plastikowe miski i kwietniki. Giełda przetrwała pandemię bez większego szwanku.

Dana Jurszewicz

 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

Oglądasz teraz: Na giełdę nie ma silnych