Miasto - Tygodnik Koszaliński

Praca w biurze to nie moja bajka

 Emilia Białas :: Fot: Magda Pater

Bycie kierowcą autobusu to dość ciężki kawałek chleba. To odpowiedzialne i niełatwe zajęcie, na które decydują się nieliczni – w zdecydowanej większości mężczyźni. Statystyka nie kłamie – kobiety to jedynie kilka procent ogólnej populacji kierowców miejskich autobusów, choć stopniowo pań za kółkiem pojazdów komunikacji publicznej zaczyna przybywać. Jeszcze kilkanaście lat temu plotki o „babie za kółkiem” autobusu były traktowane jak te z kategorii „Elvis żyje – widziano go na plaży w Gąskach”. Dziś to widok coraz częstszy (oczywiście nie mam na myśli Elvisa). W koszalińskim MZK za sterami autobusów zasiada obecnie kilka pań i do tego stanu rzeczy pasażerówie powoli zaczynają się przyzwyczajać. Z jedną z nich – Emilią Białas – udało mi się porozmawiać. Jak mówi, miłość do autobusów odziedziczyła po tacie, który był także kierowcą i również pracował w koszalińskim Miejskim Zakładzie Komunikacji.

Witam serdecznie.
– Dzień dobry. Od razu uprzedzam, że nie mam za dużo czasu, bo niedługo rozpoczynam kurs (śmiech).

Postaram się streszczać, żeby nie kazać pasażerom czekać, bo jest zimno (śmiech). Jest pani rodowitą koszalinianką?
– Dzieciństwo przeżyłam niedaleko, bo w Mścicach, ale od dłuższego czasu mieszkam w Koszalinie, więc można powiedzieć że jestem stąd.

A co panią „wywiało” do Koszalina?
– Trudno powiedzieć że wywiało, bo to przecież tylko kilka kilometrów. Na pewno najpierw szkoła, bo po podstawówce poszłam do „ekonoma”. Wybrałam profil pracownik administracyjno-biurowy, bo wtedy byliśmy województwem i pracy w administracji było sporo. W trakcie nauki się to zmieniło i jak ukończyłam szkołę, było już zachodniopomorskie. Mam za sobą też studia z administracji państwowej.

To trochę daleko: od administracji państwowej do kierowcy autobusu?
– No takie mamy czasy, że mało kto pracuje w swoim wyuczonym zawodzie.

Ale pani przez jakiś czas pracowała.
– Tak, pracowałam między innymi w Miejskim Ośrodku Pomocy Społecznej i Urzędzie Statystycznym. Ale choć praca była fajna, to przyznam szczerze, że trochę się męczyłam. To nie była moja bajka.

Dlaczego?
– Ciągnęło mnie za kółko. Od zawsze lubiłam jeździć i w pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać, czy nie pójść właśnie w tę stronę.

I co panią przekonało?
– W podjęciu decyzji pomogli mi rodzice. Mój tata był kierowcą MZK. Było to też marzenie mojej mamy, ale kiedyś były inne czasy i kobiety nie były kierowcami autobusów, a jak się to zmieniło, to mama stwierdziła, że to już trochę za późno. Ale teraz spełniam trochę jej marzenie. No i oczywiście swoje (śmiech).

Czyli tak naprawdę był taki okres, kiedy jeździliście z tatą razem w jednej firmie?
– Tak, rzeczywiście było. Ale zanim zaczęłam pracę w MZK, trochę czasu minęło. W 2008 roku zrobiłam prawo jazdy na autobus, czyli kategorii D. Niestety, trzeba było jeszcze uzupełnić papiery o kurs dokształcający, który najbliżej był prowadzony w Poznaniu. Wtedy akurat urodziłam, miałam inne obowiązki, dojazdy do Poznania były wykluczone i wszystko się w czasie odwlekło. Ale w 2010 roku można było zrobić taki kurs już tutaj na miejscu, w Koszalinie i podjęłam pracę w prywatnej firmie na busach pasażerskich. Niedługo później – 1 marca 2011 roku, rozpoczęłam pracę w koszalińskim Miejskim Zakładzie Komunikacji.

Czy łatwo było dostać tam pracę? Przecież to branża zdominowana przez mężczyzn.
– Przyznam szczerze, że trochę musiałam się naczekać. Ale wtedy szefem był świętej pamięci Roman Bielecki, który w pewnym momencie postanowił trochę bardziej postawić na kobiety. Przede mną w firmie były dwie koleżanki, które się sprawdziły i mi też dał szansę. I to była chyba dobra decyzja, bo jeżdżę do dziś. I cztery lata z tego okresu jeździłam w MZK z tatą. Na początku nie było łatwo, bo rozstałam się z mężem i miałam małe dziecko, ale bardzo pomogli mi właśnie rodzice. Jakoś to wszystko się udało.

A czy pamięta pani swój pierwszy kurs?
– Oczywiście, tego nigdy nie zapomnę (śmiech)! Pierwszy kurs dostałam na „czwórkę”, czyli linię numer cztery. Nie da się ukryć, że byłam trochę zestresowana. Pamiętam, że czekałam na mój autobus przy dworcu i kierowcę, którego miałam zmienić na widok kobiety delikatnie zamurowało. Do tego stopnia, że zaczął sprawdzać moje prawo jazdy. No, ale pozwolił mi wsiąść do autobusu. Oczywiście, nie „za kółko”. Sam prowadził autobus do zajezdni i wszystko mi tłumaczył, łącznie z tym, że tutaj jest taki przycisk a tam inny, tutaj na jezdni są takie dziury a tam inne. Chyba nie był do końca przekonany, że rzeczywiście jestem jego zmienniczką i czy sobie poradzę. No, ale na zajezdni wsiadłam za kierownicę sama i ruszyłam „w miasto”.

I jak poszła ta pierwsza trasa?
– Trochę się denerwowałam, tym bardziej że byłam przyzwyczajona do manualnej skrzyni biegów, a tu miałam automat i ta prawa ręka bez przerwy szukała tego drążka (śmiech). Ale znałam miasto i trasę, więc wszystko poszło dobrze i dowiozłam pasażerów i siebie w jednym kawałku.

A jak teraz pracuje się pani z innymi kierowcami?
– Od zawsze koledzy byli bardzo uprzejmi i bardzo pomagali – szczególnie na początku często słyszałam zdanie – „jak czegoś nie wiesz, to pytaj”. No i pytałam, a oni tłumaczyli – na przykład, jak w tym i tym modelu pojazdu włączyć ogrzewanie, do czego jest ta funkcja, a do czego tamta. Oni zawsze mieli dla mnie czas, a ja sama się z siebie śmiałam na zasadzie – „no blondynka przyszła do pracy i znowu czegoś nie wie”. Jeżeli pojawiły się jakieś docinki, to zawsze w formie żartu. I ja też nie byłam dłużna (śmiech). Tak więc współpraca z kolegami zawsze była super i taka jest do dzisiaj. Traktują mnie i koleżanki jak swoich, a nie jak przysłowiowe „baby za kółkiem”.

A jak jest z pasażerami? Przyznam szczerze, że lata temu też byłem zaskoczony widokiem kobiety-kierowcy w MZK. Bo był to – przynajmniej w Polsce – ewenement.
– No tak, na początku wszyscy mocno się dziwili, bo przecież zawsze był „pan kierowca”, a tutaj taka zmiana. Teraz pasażerowie trochę się przyzwyczaili, chociaż niedawno klient, jak zobaczył mnie za kółkiem, to zapytał, czy dowiozę go całego, a ja na to, że zobaczymy (śmiech). Był też ostatnio jakiś pan, który wysiadając z autobusu głośno wyraził swoje zdanie na temat kobiet-kierowców. Ja nawet nie słyszałam, co mówi, bo byłam skupiona na pracy. Ale chyba powiedział coś niefajnego, bo jakaś kobieta wstała i krzyknęła, że jest szowinistą. No, ale ogólnie takie przypadki zdarzają się coraz rzadziej. To samo mówią moje koleżanki z pracy. Z drugiej strony zdarzają się też pasażerowie, którzy wysiadając podchodzą i dziękują za spokojną i bezpieczną jazdę. Mam takich stałych „klientów” – na przykład pewien miły, starszy pan zawsze jak wsiada na pętli i zanim ruszę, to się serdecznie przywita, porozmawia, zapyta, co słychać i jak wysiada, zawsze dziękuje za jazdę.

Ale nie brakuje też innych „trudnych” pasażerów?
– Tacy też się zdarzają. Często są to osoby pod wpływem alkoholu, które uprzykrzają życie moje i innych pasażerów. Jakiś czas temu prowadziłam autobus przegubowy i podszedł do mnie pasażer i powiedział, że na tylnym siedzeniu śpi młody chłopak. No, patrzę w lusterko i rzeczywiście. Wszedł, rozłożył się na kilku siedzeniach i śpi. Dojechałam na pętlę. Dzwonię do dyspozytora, na straż miejską, na policję. Wszystkie numery zajęte. W końcu go dobudziłam i mówię, że ma wysiąść, bo nie ma biletu. On dobrze, dobrze i wysiada. No i ruszyłam na następny kurs. Po jakimś czasie patrzę i myślę, że mam omamy, bo on znowu śpi na tym tylnym siedzeniu. Okazało się, że cwaniak schował się na schodkach za drzwiami. Wtedy się zagotowałam, zatrzymałam autobus, zaciągnęłam ręczny i powiedziałam jemu i pasażerom, że nie ruszę, dopóki nie wysiądzie z autobusu. No i na szczęście wysiadł, a ja mogłam jechać dalej. Cóż, czasami trzeba sobie poradzić samemu, bo na służby nie zawsze można liczyć, ponieważ mają swoje zadania i mnóstwo interwencji dookoła, a nie zawsze można czekać. Kiedyś w podobnej sytuacji pomógł mi kolega, bo jechał innym kursem za mną i zobaczył, że coś jest nie tak, bo nie ruszam. Przyszedł do mojego autobusu i pijany, i głośny pasażer wysiadł dopiero, jak go zobaczył. Takie sytuacje powodują opóźnienia, a ludzie chcą przecież być w domu czy w pracy na czas, a ja mam ich przecież na czas dowieźć.

Czy myśli pani czasem o powrocie do biura?
– Na pewno nie. Ja uwielbiam swoją pracę. Lubię być między ludźmi, a w MZK mamy naprawdę fajną ekipę – od mechaników po kierownictwo. Super mi się z wszystkimi współpracuje i możemy zawsze na siebie liczyć. Nawet w takich trudnych sytuacjach gdzieś w trasie czy nawet poza pracą.

To życzę pani takich trudnych sytuacji jak najmniej i dziękuję za rozmowę.
– Również dziękuję.

Rozmawiał Remigiusz Błaszków

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

Oglądasz teraz: Praca w biurze to nie moja bajka