Miasto - Tygodnik Koszaliński

Specjalistka od reanimacji mebli

 Agnieszka Dąbrowska :: Fot: Magda Pater

Kobieta ściskająca w jednym ręku papier ścierny, a w drugiej ramę zabytkowego lustra to widok nieczęsty. Stolarstwo i renowacja mebli kojarzą się raczej z sympatycznym panem Jurkiem z wąsem niż z uroczą panią w sukience. To branża zdominowana przez mężczyzn, ale jak zwykle od zasady zdarzają się wyjątki. W Koszalinie od lat działa pani Agnieszka Dąbrowska, dla której szlifierka, hebel czy bejca to taka sama codzienność jak obietnica dla polityka. Z tym że ze słów tego ostatniego zwykle pozostaje wielkie nic. Z pracą pani Agnieszki jest zgoła odwrotnie, bo stare meble, które poddaje renowacji zyskują piękne „Coś” i to przez duże „C”. Z bohaterką wywiadu poznaliśmy się przez moich kolegów, którzy dłuższy lub krótszy czas działali w jej pracowni znanej jako „Nowe Retro”. Wszyscy twierdzili, że kocha dawać nowy blask starym meblom i jest szczęściarą, bo praca jest jej pasją – a to sytuacja zdecydowanie nieczęsta.

Witaj. Kobiety w twoim fachu to rzadkość, prawda?
– Faktycznie, jak zaczynałam, to byłam takim kuriozum. Często jak do pracowni wchodził klient, to pierwsze, o co pytał, to gdzie jest szef. Było to na pewno zabawne, ale po latach zdziwionych osób jest już na pewno mniej, ale czasem się jeszcze zdarzają. W ogóle jeżeli chodzi o kobiety w tej branży, to w pewnym sensie chyba płeć pomaga, bo jesteśmy raczej większymi estetkami niż mężczyźni. Ważne jest też to, by w głowie pokonać taką barierę myślenia o samych sobie, że jakieś techniczne rzeczy czy obsługa elektronarzędzi są poza naszym zasięgiem. I to się coraz częściej udaje. To wszystko jest dla ludzi, a kobieta to też przecież człowiek (śmiech).

A jak to było z tą twoją miłością do pracy z drewnem? Przypadek czy pasja od dziecka?
– Chyba raczej przypadek. Jestem koszalinianką, mieszkam tu od urodzenia z małymi przerwami. W 1996 roku ukończyłam tutaj liceum sztuk plastycznych. Pamiętam, że dyplom robiłam z wystroju wnętrz. I to był ewenement, bo takiego kierunku u nas w szkole nie było, ale ja się uparłam, wywalczyłam swoje i pozwolono mi na zrobienie takiej pracy. Cieszyłam się, że się udało, bo chciałam zrobić coś, co mnie interesowało.

A co cię tak interesowało?
– Interesowała mnie funkcjonalność. Chciałam, żeby przedmiot był użyteczny, ale do tego pięknie i stylowo wyglądał, czyli miałby i dobrze służyć, i cieszyć oko.

Obroniłaś dyplom szkoły średniej i co dalej?
– Zdawałam na ASP, ale niestety nie udało mi się dostać. Krótko po egzaminie przeczytałam w specjalistycznej prasie, że we Wrocławiu powstaje jednostka, która mnie zainteresowała – nazywało się to Cech Rzemiosł Różnych. Dla mnie to była szansa na spełnienie marzeń, bo chciałam ugryźć temat mojej pasji związanej z drewnem właśnie ze strony praktycznej. No i pojechałam do tego Wrocławia. Ale na miejscu okazało się, że Cech Rzemiosł Różnych nie powstał i znalazłam się w sytuacji trochę nieciekawej. Ale znalazłam wyjście – pracę u metaloplastyka. Pracowałam w pracowni właśnie metaloplastyki artystycznej. Wrocław do duże miasto, ale tak naprawdę wszyscy rzemieślnicy się znają i mój pracodawca wysłał mnie na kurs czeladniczy w zakresie konserwacji mebli. I tak się ta przygoda zaczęła i trwa do dziś (śmiech).

Co ten kurs ci dał?
– Tak naprawdę zaczęłam się uczyć wszystkiego od podstaw, jeżeli chodzi o konserwację. Trwało to cztery miesiące i zajęcia były bardzo intensywne. Tam uczyłam się zarówno o rodzajach drewna i o narzędziach, jak i o tym, jak bezpiecznie rozłożyć i złożyć mebel – co jest najbardziej istotne w przypadku zabytkowych konstrukcji, bo nie chcemy ich przecież zniszczyć.

I ta wiedza, którą nabyłaś wtedy wystarczała do pracy?
– Jedynie na początek (śmiech). Tę wiedzę przez lata poszerzałam i wykorzystuję do dziś. Pewne rzeczy się od wtedy nie zmieniły, ale większość prac prowadzona jest dziś inaczej. Poza tym, mam trochę swoich „patentów”, które sama wypracowałam. Po rozebraniu takiego mebla na części po pierwsze trzeba go odpowiednio oczyścić, zakonserwować, złożyć i zrobić pewne rzeczy, by odzyskał dawny blask. Poza tym, ważne jest, by wiedzieć, co robić, jeśli w drewnie są lub były jakieś szkodniki. Ta wiedza, jeżeli chodzi o konserwację mebli, jest naprawdę bardzo rozległa, a to, co miałam na tym kursie, było taką jakby „pigułką”. Dobrą na start.

Czy po kursie rozpoczęłaś od razu pracę?
– To był 1997 czy 1998 rok, czas wielu przekształceń i ogólnie zmian. Wtedy z pracą było naprawdę nieciekawie. Dodatkowo zostałam mamą i z uwagi na to byłam w oczach pracodawców dyskwalifikowana, bo miałam małe dziecko. Po pewnym czasie bezskutecznego szukania zajęcia postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce i rozpoczęłam własną działalność gospodarczą. Był przełom roku 1999 i 2000.

I co to była za branża? Twoja?
– Oczywiście. Rozpoczęłam od takiej minigalerii połączonej ze sklepem dla plastyków i oczywiście usługami renowacji. Było to w naszym Koszalinie przy ulicy Hołdu Pruskiego w budynku, który dziś już nie istnieje. Było to moje miejsce pracy chyba przez sześć lat. Potem miałam też galerie w innych miejscach, ale coraz więcej mebli trafiało do mnie do renowacji i w pewnym momencie renowacja, recykling i upcykling stały się moją działalnością wiodącą. No i teraz robię w zasadzie tylko to.

Tych pracowni miałaś sporo i chyba w każdej dzielnicy Koszalina – bo sam byłem w co najmniej czterech (śmiech).
– To fakt, często się przenosiłam. Hołdu Pruskiego, Pileckiego, Moniuszki, Mieszka I, Spółdzielcza, na której jesteśmy, to tylko niektóre z nich.

Pracy masz dużo, co sama podkreślasz. Co przynoszą do ciebie klienci?
– Od zawsze najczęściej trafiały do mnie kredensy, skrzynie, lustra i dużo innych starych mebli poniemieckich, których na tym terenie jest dużo do dziś. Trochę takich mebli przyjechało ze wschodu razem z repatriantami. Ludzie przywozili często jakieś drewniane pamiątki, które chcieli zachować ze względów sentymentalnych. Wiele mebli, które do mnie trafiają pochodzi z zagranicy, bo często są tam kupowane lub nawet zbierane na ulicy, bo ktoś tam uznaje, że nie są mu już potrzebne i je po prostu wystawia na chodnik. A ja i moi współpracownicy dajemy im nowe życie.

No właśnie, nowe życie to coś czego oczekują od was klienci?
– Nie tylko. Oczywiście, często chcą odświeżenia i renowacji, by stary mebel odzyskał swój dawny blask, ale zdarzają się nam często rozmaite projekty realizowane od zera. Z tym, że ja celuję głównie w stylizowane wnętrza, na przykład pokoje czy kuchnie z meblami na przykład z sieciówek, w które wplatam elementy stylizowane. Zdarzają się nam też projekty dla kawiarni czy restauracji.

Ale to wszystko to są rzeczy jedyne w swoim rodzaju.
– O to właśnie chodzi. Tego chce nasz klient i tego chcemy my. To wnętrze ma być przytulne, praktyczne i niepowtarzalne. Nasi klienci po urządzeniu mieszkania meblami z katalogu często mówią, że czują się właśnie jak w katalogu i jakby to nie było ich mieszkanie, lecz jakby byli gośćmi w swoim domu. Staramy się im pomóc i chyba nam to jakoś wychodzi (śmiech). Obecnie pracujemy w kilka osób, ale czasami jest nas mniej lub więcej – w zależności od zlecenia.

Stawiacie też na edukację. Od jakiegoś czasu prowadzicie warsztaty.
– Tak. Wiesz o tym, że dla mnie bardzo ważny jest recykling i tego staramy się uczyć naszych warsztatowiczów, ale z ruszeniem z pierwszą edycją nie było łatwo.

Dlaczego?
– Bardzo długo się zbieraliśmy, bo ja nigdy nikogo nie uczyłam i do swojej wiedzy, i umiejętności podchodzę z pokorą. Krótko mówiąc, nie wyobrażałam sobie, że można kogoś uczyć, nie wiedząc wszystkiego, a przekazywanie wiedzy innym to odpowiedzialność. Ale w końcu dałam się namówić, spróbowaliśmy i okazało się, że ludziom się bardzo podoba.

Kto w takich warsztatach bierze udział?
– Przychodzą różne osoby. Po pierwsze: pasjonaci, którzy czują się na siłach i robią jakieś tego typu rzeczy w domu samodzielnie i w pewnym momencie chcieliby swoje umiejętności poszerzyć. Poza tym, często żony przysyłają mężów, by się czegoś nauczyli – na przykład mieliśmy konkretne warsztaty o tym, jak zrobić stolik kawowy lub jak wykonać renowację krzesła – i ci mężowie brali w nich udział. Prowadziliśmy też spotkania jednodniowe, na której uczyliśmy, jak dokonać na przykład szybkiej metamorfozy starego mebla. I pojawiali się ludzie, którzy zadawali pytanie, czy ktoś, kto nie ma zdolności manualnych czy technicznych jest w stanie coś na takich warsztatach zrobić. No i my odpowiadamy, że właśnie po to są takie warsztaty, żeby każdy mógł w siebie uwierzyć i nauczyć się wykonywać pewne prace samodzielnie. My, oczywiście, pomagamy na początku manualnie, udzielamy porad czy ułatwiamy szukanie inspiracji, ale po pewnym czasie taki warsztatowicz radzi sobie samodzielnie. I to nas bardzo cieszy i taką osobę też, bo wychodzi z takiego spotkania z gotową rzeczą, którą może zabrać i postawić w domu. A ja spełniam się podwójnie, bo dla mnie recykling to trochę styl życia i lubię, gdy z pozornej ruiny powstaje coś pięknego i użytecznego. Lubię, gdy inni też zaczynają tworzyć nową jakość jednocześnie nie marnując.

To życzę jedynie zdolnych i ambitnych warsztatowiczów oraz dobrych zleceń.
– Dziękuję i do zobaczenia!

Rozmawiał Remigiusz Błaszków

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

Oglądasz teraz: Specjalistka od reanimacji mebli