Miasto - Tygodnik Koszaliński

Na giełdę nie ma silnych

 Giełda :: Fot: Magda Pater

Jeśli na niedzielną giełdę zajrzałby ktoś, kto nie wie nic o pandemii – pomyśleć by mógł, że w Koszalinie zdarzają się ludzie dbający o zdrowie i zasłaniają usta przed zanieczyszczonym powietrzem.

Wśród prawdziwych tłumów sunących wzdłuż trzech alejek handlowych oraz buszujących na stoiskach ze starociami maseczki nosiła mniej niż połowa osób. Podobnie było wśród sprzedawców, choć niektórzy używali nawet przyłbic. Przy jednym z bardzo popularnych stoisk z przyrządzanym na miejscu jedzeniem sztućce można było brać własnymi rękami ze stojących przy kasie pojemników. Ale to było zarazem jedno z bardzo niewielu miejsc, gdzie można było sobie odkazić dłonie. Giełdę otwiera rozległy „pchli targ”, gdzie z płachty lub z kartonów można kupić wszystko to, czego ktoś już nie potrzebuje, a my nie wiemy, że to czeka na nas. Pokryte rdzą narzędzia, naczynia z „prawdziwej porcelany”, nieco tylko wyszczerbione, zaczytane książki, ciuchy i biżuteria vintage kusiły i znajdowały nabywców. To raj dla kolekcjonerów – i to z obu stron lady. Waldemar Sołek, na co dzień związany ze sportem, na giełdę przychodzi zaprezentować swoje zbiory odznak, proporczyków i szalików, również o sportowej tematyce. – Brakowało mi giełdy, bo to zawsze się jest wśród ludzi. Cieszę się, że giełda wróciła, i to taka, jaka była przed pandemią.

Pomóżmy Filipowi

 Filip z mamą :: Fot: Archiwum

 

„Dlaczego inni rodzice wstają rano i cieszą się nowym dniem, a ja muszę się zastanawiać, czy moje dziecko jeszcze słyszy?” – pyta pani Sylwia i rozkłada ręce. Mama niesłyszącego Filipa od dłuższego czasu apeluje o pomoc do Ministerstwa Zdrowia i państwowych organizacji – niestety bezskutecznie. Chłopiec, podobnie jak wiele dzieci w całym kraju, czeka na wymianę przestarzałego implantu słuchowego.

W Polsce są 4 tysiące pacjentów, korzystających z implantów słuchowych starej generacji. Jednym z nich jest ośmioletni Filip z Koszalina, który nie słyszy od drugiego roku życia. Taki sprzęt pozwala mu normalnie funkcjonować, ale powinien być wymieniany co pięć lat. Tymczasem chłopiec korzysta z siedmioletniego już urządzenia. – Procesor przerywa dźwięk. Filip często zgłasza, że w uchu słyszy pikanie. Mamy także problemy z urządzeniem, bo ono po prostu coraz rzadziej włącza się bez problemów, a nie jest popsute. Sprzęt jest już po prostu mocno zużyty. Z biegiem lat coraz szybciej wyczerpuje się w nim bateria, także teraz częściej muszę kupować akumulatory, które są po prostu bardzo drogie – mówiła Sylwia Kacperek, mama Filipa.

Dziewczyna z tatuażem

 Aleksandra Wydrych :: Fot: Archiwum prywatne

Tatuatorstwo to branża zdominowana przez mężczyzn. Panowie stanowią przytłaczającą większość artystów działających w tej branży i widok kobiety operującej maszynką i tuszem w salonie tatuażu to zjawisko równie rzadkie jak nastolatek bez konta na Insta czy włosy Donalda Trumpa. Na szczęście, jest od tej zasady coraz więcej wyjątków. Jeden z nich to Aleksandra Wydrych, która mieszka i pracuje w Koszalinie. Z Olą porozmawiałem podczas spotkania w parku, korzystając z wymuszonej przez koronawirusa przerwy w jej działalności artystyczno-zarobkowej.

Witaj w niepowtarzalnych okolicznościach przyrody. Gdyby nie COVID, pewnie rozmawialibyśmy w salonie?
– Hej, najprawdopodobniej tak, bo przed pandemią pracy miałam sporo, a w domu wiesz – dzieci, chłop, więc czasem ciężko się wyrwać (śmiech).

Ale do Koszalina jakiś czas temu się wyrwałaś, bo trochę się znamy i wiem, że nie jesteś stąd.
– Dokładnie, pochodzę z Chojnic.

I wcale nie przyjechałaś tutaj po to, by robić tatuaże.
– Zdecydowanie nie, bo kiedyś nawet bym o tym nie pomyślała. Po szkole średniej uczyłam się w Sopocie w studium fotografii. Potem zamarzyło mi się studiowanie architektury wnętrz i trafiłam na naszą politechnikę.

Podróż we własnym domu

 Przyczepa :: Fot: Magda Pater

Świat, a przynajmniej Europa się powoli otwierają. Można już jechać do Włoch, Czech, przymierza się do tego Grecja i Chorwacja. Nie znaczy to, że koronawirus robi sobie wolne i daje nam czas na wakacyjną labę. Uważać nadal musimy.

W tej sytuacji trzeba na nowo przemyśleć sposób spędzenia letniego urlopu, by było atrakcyjnie, ale i bezpiecznie. Jednym z rozwiązań okazały się kampery lub przyczepy, czyli lokum na własnych kołach. I dotyczy to także wyjazdów krajowych. Wczasy pod własnym dachem, a nie w mieszkaniu mają swoje wady i zalety. Zapewniają sporą niezależność, bo możemy się swobodnie przemieszczać i zatrzymywać w niemal dowolnym miejscu, które chcemy poznać. Oczywiście, przestrzegając przepisów drogowych i lokalnych. Nie jest jednak tak, że do kampera można zabrać „wszystko” – każdą ilość sprzętu, ubrań i czegoś „na wszelki wypadek”. Wnętrze jest ciasne, każda rzecz ma ściśle określone miejsce i porzucona po prostu przeszkadza. Nie wszędzie też takim, jednak sporym autem wjedziemy – na dziedziniec zamku nad Loarą na pewno nie.

Szklane kokoszki i włocławskie fajanse

 Kokoszki :: Fot: Daniel Pietrzak

Niedawno na facebookowej stronie „Koszalin – kupię, sprzedam, wymienię, oddam” ukazało się intrygujące ogłoszenie: „Szklane kury kupię”. Autorką anonsu okazała się Paulina Bereda z Warszawy, zdeklarowana miłośniczka różnobarwnych szklanych kokoszek i właścicielka ich imponującej kolekcji.

W 1910 roku w katalogu nieistniejącej już Huty Szkła Gospodarczego w Ząbkowicach, zwanej „Szklarskim Zagłębiem Europy”, po raz pierwszy pojawiły się naczynia w kształcie kury. Z latami „zwierzęca” oferta szacownej ząbkowickiej wytwórni powiększyła się o naczynia w kształcie lisków, kogutów, dzików, kaczorów, wiewiórek i łabędzi. Ale to właśnie pełne uroku szklane kokoszki zdobyły największą popularność. Były to bardzo efektowne dwuczęściowe pojemniki ze szlachetnego szkła służące do przechowywania czekoladek, ciasteczek, czy małych bibelotów. Kurki pięknie dekorowały również wielkanocne stoły.

W świecie leśnych sąsiadów

 Dzik przy ul. Traugutta :: Fot: Magda Pater

Do lasu wybieramy się z różnych powodów: na grzyby, spacery, by pobiegać czy jeździć na rowerze. Chętnie też eksplorujemy to, co nam nieznane – często bez granic. I jest to czymś naturalnym – dla nas przynajmniej. Inaczej jest bowiem, gdy to mieszkańcy lasu wkraczają na tereny zamieszkałe i użytkowane przez człowieka. Wtedy starcie jest niemalże nieuniknione. Jak więc żyć w dobrym sąsiedztwie, nie krzywdząc się wzajemnie?

Warto zacząć od tego, jak należy zachować się w miejscu, gdzie żyją dobrze znane nam dzikie zwierzęta. Nadleśniczy Tadeusz Lewandowski z nadleśnictwa Karnieszewice podkreśla, że istotne jest to, aby mieć duży szacunek do wszystkiego, co jest w lesie. – Należy pamiętać, że to nie jest nasz dom, tylko dom roślin i zwierząt. Nie powinniśmy niczego stamtąd zabierać, z wyjątkiem owoców, runa leśnego, grzybów. W lesie nie należy hałasować, straszyć zwierząt. Nie wolno palić ognia – poucza i przypomina, że choć panują tu pewne restrykcyjne zasady, to wyjątkowe miejsce może stać się w zamian niezwykłą skarbnicą wiedzy i doznań, zwłaszcza dla naszych zmysłów. – Przede wszystkim w lesie powinniśmy patrzeć, słuchać i się uczyć, jak natura sobie radzi, mając znacznie bardziej skomplikowany ekosystem niż nasz, stworzony przez człowieka. Nasz składa się z kilku rur z wodą, kabli z prądem, sieci komunikacyjnych, samochodów i właściwie jednego gatunku, nie licząc psów i kotów. Tam jest to bardziej skomplikowane. Każdy element pasuje do następnego. Brak któregokolwiek z tych elementów skutkuje tym, że coś w tym systemie się wali.

Działka – zielony azyl w miejskiej dżungli

 Bronisława Szafulska :: Fot: Magda Pater

Restrykcje dotyczące ograniczonego przemieszczania się i społecznej kwarantanny wyraźnie zmęczyły Polaków. Nie ma co się dziwić, że długo szukaliśmy choćby najmniejszej okazji, by pobyć na dworze, w końcu nie każdy ma podwórko przy domu. Na nic zdały się krótkie spacery czy wizyty w parku, zwłaszcza że do niedawna maseczki były obowiązkowe niemalże wszędzie. Wielu dobiła także wizja majówki spędzonej w domu, a przecież wakacje za pasem. Na szczęście, pojawiła się pewna furtka w przepisach. Tak oto zaczął się boom na… działki.

O tym, że własny kawałek ziemi to skarb, nie trzeba przekonywać chyba żadnego działkowicza. Dla nich to nie tylko chwila oddechu od siedzenia w czterech ścianach, ale przede wszystkim styl życia, który wchodzi w krew. Wiedzą o tym dobrze działkowicze z koszalińskich Rodzinnych Ogrodów Działkowych „Kwitnące Jabłonie”.
– Działkę mam po mamie od 1984 roku, a wcześniej jeszcze od 1970 – opowiada Andrzej Klimczyk, doświadczony działkowiec i zastępca prezesa zarządu ROD „Kwitnące Jabłonie”. Bardzo chętnie spędza tu czas, a jego „tajemniczy ogród” jest nie tylko miły dla oka, ale również bardzo praktyczny. – Przede wszystkim odpoczywa się. Oprócz tego, że biegam, to jeszcze lubię na działce popracować, bo ruch to jest zdrowie.
Co więcej, podkreśla, że działkowicze są bardzo zżyci w swojej społeczności i starają się wzajemnie wspierać. – Jak jest dobre sąsiedztwo, to jest zawsze lepiej. Jeden drugiemu coś pomoże. Czasami coś podrzuci, jakiegoś kwiatka czy warzywa. Na tym to polega. Taka typowa rodzina – jedno drugie wspomaga.

Dbać o dobre imię przedsiębiorców i im pomagać

 Rzecznik MŚP Adam Abramowicz :: Fot: Biuro rzecznika MŚP

Rozmowa z Adamem Abramowiczem, Rzecznikiem Małych i Średnich Przedsiębiorców.

Proszę powiedzieć, jakie działania podejmuje pan jako rzecznik MŚP, by reprezentować przedsiębiorców w czasie pandemii koronawirusa?
– Działania należy podzielić na interwencyjne i legislacyjne. Zainicjowaliśmy akcję #RatujBiznes, by umożliwić pomoc przedsiębiorcom w potrzebie za pomocą kancelarii prawnych chętnych do wzięcia udziału w akcji. W formie bezpłatnej pomocy prawnej pomagają oni zgłaszającym się przedsiębiorcom w wypełnieniu wniosków np. o świadczenie postojowe czy mikropożyczkę. Jesteśmy też aktywni legislacyjne – wysyłaliśmy swoje opinie na temat tarcz zarówno do sejmu, jak i do senatu. Przygotowaliśmy także kilka wniosków o objaśnienia prawne w tych sytuacjach, gdzie nowe przepisy nie wydają się do końca jasne. W ostatnich dniach jesteśmy za to zaangażowani w proces rozmrażania gospodarki, chcemy, aby jak najszybciej wszyscy przedsiębiorcy i ich pracownicy mogli wrócić do swoich zajęć.

Kolejowe inwestycje w toku

 Dworzec :: Fot: Magda Pater

Koszalinianie od dawna czekają na nowy budynek dworca PKP. Ma on powstać do 2023 r. w ramach Programu Inwestycji Dworcowych. Wkrótce ma ruszyć przetarg na opracowanie dokumentacji technicznej. Przy okazji miasto zyska trzy przystanki dworcowe. W planach jest także wydłużenie linii kolejowej z Koszalina w stronę Mielna Koszalińskiego.

Jeszcze w marcu PKP Polskich Linii Kolejowych SA podpisały umowę na studium wykonalności ph. „Prace na ciągu transportowym Trójmiasto-Szczecin na odc. Słupsk-Szczecin Dąbie przez Koszalin-Stargard/Kołobrzeg-Goleniów obejmującym linie kolejowe nr 202, 351, 401 i 402”. Ma ono kosztować 1,8 mln zł.

Strona 2 z 1408

Oglądasz teraz: Start